piątek, 17 lutego 2017
niedziela, 5 lutego 2017
Minionki są spoko. A wataha zostaje zamknięta
Tak. Choć jeszcze kilka dni temu obiecywałam, że wataha nie upadnie, że jej życie będzie dłuższe niż kilka tygodni a może nawet miesięcy to zawiodłam. Wytrzymałam jakiś tydzień może trochę dłużej... Wataha nie powinna była powstać taka jest prawda. Stado Szaleńców już dawno upadło a każda próba wskrzeszenia go kończyło się klęską. Nie wiem czemu myślałam, że tym razem będzie inaczej. Osoby, które nadawały atmosfery w watasze Anel w większości porzuciły już blogi i hw. Oczywiście dziękuję tym, którzy tu dołączyli zarówno starym członkom jak i tym zupełnie nowym. Ale nie da się stworzyć drugi raz tego samego. Bez tych samych osób, bez tego szaleństwa w głowie... Przez chwilę myślałam, że to serio może wypalić. Że się uda. Miałam wenę, chciałam za wszelką cenę wskrzesić tego bloga by wrócić do czasów gdy opowiadania pełne śmiechu i totalnego bezsensu zalewały stronę główną. Chciałam znów być Ashton'em, żyć jego życiem. Żyć życiem kogoś kto ma wyjebane na życie. Ale ludzie się zmieniają. Ja sama się zmieniłam. Nie jestem w stanie być znów tym samym basiorem ani zmusić się do wymyślenia kreatywnego opowiadania. Nie wiem co mi jest ani co mi odbiło. Tak jest ostanio za każdym razem. Po kilku dniach ewentualnie tygodniach cały entuzjazm i chęć tworzenia historii na jakimś blogu znika. Zaczynam mieć to po prostu w dupie i dołączam gdzie indziej myśląc, że tam mi się uda. Ale to już dawno straciło sens. Dawna ja przepadła, a chęć pisania chociaż pozostała to z każdym dniem coraz bardziej zostaje zalana falą zniechęcenia i tym dziwnym uczuciem, że "to jest do dupy".
Niestety życie już takie jest. Nie możesz przywołać niczego z przeszłości choćby nie wiem jak ci na tym zależało. Będąc w gimnazjum nie wiele mnie obchodziło a już na pewno nie szkoła. Byłam raczej osobą, która nie miała się czym przejmować... No bo niby czym? Teraz jest inaczej. Jakie to głupie zdać sobie sprawę, że od teraz cokolwiek zrobisz będzie miało znaczenie dla tego co będziesz robić za kilka-kilkanaście lat. A tego nie wiem. Nie wiem co chcę robić i zdałam sobie sprawę, że nie chcę robić niczego. Świat jest głupi, życie według jego schematów tym bardziej. Ale nie możesz się z tego wyrwać... No chyba, że masz hajs, ogromny talent albo niezwykłą odwagę...
Właściwie nie wiem po co ja to piszę. Za kilka godzin pomyślę, że było to głupie i po prostu skasuję post razem z całym blogiem. I tak połowie z was nie chciało się tego czytać a druga połowa nawet nie zobaczy tego posta. Sorry za tą długość ale musiałam coś z siebie wywalić. No to.... Miłych ferii. Bo moje się dziś kończą.
No chyba, że ktoś chce przejąć ten blog ale wątpię
czwartek, 2 lutego 2017
Od Izumiego CD Ansela
- Zaraz będzie tu policja z psami. Nie wiem jak ty ale ja się zmywam. Mamy dziesięć sekund przewagi, bo ten typ pójdzie teraz sprawdzić drugą stronę. - wyjęczałem najciszej jak się dało.
Chłopak spojrzał na mnie pytająco. To było i będzie najdłuższe zdanie, które do niego powiedziałem. Nie zamierzam nawet pytać dlaczego ten szpitalopodobny budynek eksplodował. Ruszyłem powoli przed siebie, nie czekając na niego. Jeśli chce żyć to lepiej dla niego aby szedł. Facet zaraz wróci, łatwo było to wyczytać, tak jak inne informacje. Zorientowałem się po chwili, że chłopak jednak podąża obok. Z oddali dobiegały coraz głośniejsze ujadanie psów policyjnych.
- Czas na mnie. - mruknąłem raczej do siebie.
- Skąd ty to wiedziałeś? - zapytał.
Nie odpowiedziałem. Nie chciałem wdawać się w dyskusję. Zmieniłem się w wilka, spojrzałem na niego i pobiegłem w stronę miasta. Tak mi się przynajmniej wydaje. Na szczęście mi się udało, dotarłem do ulic miasta wychodzàc z czegoś co przypominało las. Zmieniłem się z powrotem w człowieka. Musiałem znaleźć Anel, mogła zrobić coś równie głupiego jak wysadzenie budynku. Wyjąłem telefon z kieszeni i wybrałem jej numer - nie odbiera. Spróbowałem jeszcze kilka razy, co dało identyczny efekt co pierwsza próba.
- Tylko tego brakowało. - warknąłem kopiąc jakiś kamyk.
Ruszyłem przed siebie w poszukiwaniu siostry, znów wyczułem, że ktoś jednak tu jest. Rozejrzałem się dookoła. Niedaleko, może jakieś dziesięć metrów ode mnie stał ten chłopak co wysadził budynek.
- Czyli jednak jesteś jednym z magicznych wilków. Ulżyło mi. - uśmiechnął się.
Szczerze mówiąc ten gość mnie orzerażal. Jak wszystko zresztą w tym cholernym mieście. Jak znajdę Anel wyjeżdżamy. Dopóki nie wpakowała się (mam nadzieję) w żadne kłopoty.
- Odezwiesz się? - zapytał zbliżając się trochę, ale nadal z uśmiechem.
Z jednej strony wyglądał na kogoś o dobrych intencjach, ale z drugiej, ten uśmiech przypominał uśmiech buźki umrzyj. *Uśmiecham się i udaje miłego człowieka, ale umrzyj, niech tir cię potrąci albo pod pociąg wpadnij C:* To na prawdę tak wyglądało.
- Nie mam czasu gadać. - wymruczałem odwracając się i chcąc odejść.
- Masz czas łazić po opuszczonych budynkach i po nocy ulicami, a na rozmowę nie znajdziesz chwilę? - dorównał mi kroku, przez co odruchowo odskoczyłem.
- Nie. - jęknąłem.
-Niech on da mi już spokój, niech zajmie się swoimi sprawami, niech nie ciągnie tych męczarni dla mnie!
- Skoro jesteś jednak magicznym wilkiem to może zostaniesz w watażkę? - zapytał.
- Eeto.... nie mogę.
- Hm? Dlaczego?
- Em.. Jadę dalej. - starałem się zbywać jego pytania.
Aż w końcu zadzwonił mój telefon, odebrałem pospiesznie.
- Anel? Gdzie ty jesteś?! Ja na jakimś odludziu z jakimś typem! Ile zajmie ci dojazd? Czekam. - rozłączyłem się.
- Z kim tak rozmawiałeś? - zapytał z głupawym uśmieszkiem.
- Siostra. - mruknąłem siadając na murku niedaleko.
- To jak? Dołączysz?
- Mówiłem. Nie.
- A gdzie się wybierasz? Jeżeli twoja siostra też jest magicznym wilkiem, to moglibyście zostać.
- Eh... Po prostu nie. - powiedziałem cicho.
Zapadła dłuższa chwila ciszy, którą przerwał odgłos syren policyjnych. Po chwili obok zatrzymał się radiowóz a z niego wysiadła moja siostra. Strzeliłem facepalma i zapytałem:
- Co ty do jasnej cholery wyprawiasz?
- To do zobaczenia później, jak coś to dzwońcie. - zawołała do policjanta, który prowadził.
- To twoja siostra? - zaśmiał się chłopak.
- Jakby nie patrzeć.
Anel podeszła do mnie i spojrzała jak na ofiarę losu.
- Gdzie łaziłeś? Szukałam cię. - uśmiechnęła się.
- Doprawdy?
- A skoro już znalazłeś sobie przyjaciela to może zostaniemy u niego? Nie znalazłam tego twojego hotelu. - powiedziała radośnie. - Anel jestem. - zwróciła się do chłopaka.
- Ansel. - odparł.
Westchnąłem ciężko. Zostawiłem walizkę tam przed budynkiem. No świetnie. Przydałoby się tam po nią wrócić.
- Ja wrócę się po walizkę. - powiedziałem.
Zmieniłem się w wilka i wzleciałem kiedy oddaliłem się od dwojga. Szybko udałem się do miejsca wybuchu, zabrałem walizkę i wróciłem w niecałe pięć minut.
- To my już pójdziemy. - mruknąłem ciągnąc Anel za sobą.
- Gdzie ci się tak spieszysz? - uśmiechnęła się.
- Wiesz, że nie lubię przebywać z ludźmi. - powiedziałem prawie niesłyszalnie.
- To zaczniesz. - powiedziała i zniknęła mi z pola widzenia zostawiając mnie z Anselem. Miałem ochotę ją udusić. Magią zabrała nasze walizki i wysłała gdzieś, No świetnie...
Ansel?
Od Ansela cd Izumiego
- Nie wierzę, że Ashton mnie do tego namówił -jęknąłem cicho.
Znów wziąłem do ręki jakiś proszek i wsypałem garść do fiolki w połowie wypełnionej wrzącą, czerwoną cieczą. Co ja właściwie robię? Przecież nie znam się na chemii a już samo to, że przebywam w otoczeniu przedmiotów tak gorących, że mogłyby się w mig zamienić w żywe, śmiercionośne płomienie przyprawiała mnie o dreszcze.
A co właściwie robiłem spytacie? No cóż.... Narkotyki. Chyba. W każdym razie tak była podpisana instrukcja, którą dał mi Ashton. Naprawdę nie wiem czy w całej watasze znalazłby się ktoś kto chciałby to przyćpać. Chociaż z drugiej strony.... Chyba tylko ja tu byłem w miarę normalny.
I oczywiście nie mogłem tego robić w lesie w otoczeniu drzew, więc ukryłem się w jakiejś opuszczonej, ehmmm w sumie to nie wiem co to był za budynek i do czego służył przedtem. Ale był idealną wręcz kryjówką.
Pogrążony w myślach zupełnie zapomniałem o wrzącej cieczy, która wprawiła całą fiolkę w drżenie. Czując, że zbiera się na jakąś katastrofę dobiegłem do drzwi i przebiegłem na drugą stronę ulicy. Chwilę potem rozległ się wybuch. Nie był na tyle niebezpieczny by rozwalić ściany czy dach ale wiedziałem, że nie chciałbym zaglądać do środka. Szczególnie, że szyby niestety nie miały tyle szczęścia i został z nich jedynie stosik drobnego szkła. Odczekałem schowany za drzewem kilka minut słuchając jak resztki proszku wypalają się przywodząc mi na myśl dźwięk skaczącego popcornu. W końcu zdecydowałem się obejrzeć zniszczenia. Nie mogło być aż tak źle, co nie? Powoli stanąłem na nogi i zbliżyłem się do budynku.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, że okolica nie była już całkiem opustoszała. Światła w najbliższych domach zapaliły się, a przed miejscem katastrofy ktoś stał. W tej ciemności i pod postacią człowieka nie mogłem mu się dokładnie przyjrzeć ale pewien byłem, że jest to mężczyzna o.... No tak. Różowych włosach. Było to dość dziwne ale i tak nie mogło konkurować z tym co dzieje się w tej watasze na co dzień.
Gdy byłem już jakieś trzy metry od niego nieznajomy odwrócił się. Wyraz jego twarzy był mieszaniną zdziwienia oraz ciekawości. Za pewne interesowało go skąd ta czerwona ciecz na ścianach, która przypominała krew. Już miałem się odezwać gdy usłyszałem jak na podwórko z pobliskiego domu wychodzi jakiś mężczyzna. Albo i kobieta. Nieważne. Szybko złapałem nieznajomego za ramię i pobiegłem z powrotem pod drzewo, które chwilę temu służyło mi za kryjówkę przed wybuchem. Wprawdzie nie znałem tego chłopaka ale nie chciałem by miał jakieś problemy.
- Ej co ty właściwie... -mruknął cicho ale zasłoniłem mu usta ręką przerywając tym samym pytanie.
- Może i jesteśmy magicznymi wilkami ale nie oznacza to, że nie grozi nam kara za zdemolowane budynku i produkcję narkotyków, więc siedź cicho.
Dopiero po wypowiedzeniu tych słów zadałem sobie sprawę, że chłopak może wcale nie należy do osób potrafiących zmieniać się w wilki. Patrzyłem na niego licząc, że nie usłyszał tego co powiedziałem jednocześnie obserwując człowieka, który podszedł do zniszczonego budynku. W dłoni miał strzelbę co oznaczało, że jeśli nie będziemy wystarczająco cicho to w najlepszym wypadku skończymy z kulą w nodze.
Izumi?
środa, 1 lutego 2017
Od Izumiego
Usłyszałem donośny huk z okolicy, który rozszedł się echem chyba po całym mieście. Ta cisza mnie przerażała ze względu, że był piątek. A nawet muzyki nie było słychać. Coś zmusiło mnie do udania się do źródła hałasu. Dotarłem za cichszymi już dźwiękami do jakiegoś opuszczonego, tak mi się wydaje, budynku. Przypominał trochę szpital po napadzie wygłodniałych wampirów. Długo przyglądałem się miejscu, aż poczułem, że za mną ktoś stoi. Mimowolnie odwróciłem się w tamtą stronę.
Ktoś?
x x x x x x x.
