niedziela, 27 sierpnia 2017

Od Nachi'ego do Juliett

Brak komentarzy:
Przeprowadzka, śmieszne, moi rodzice postanowili się przeprowadzić ze względu na mnie. Rzadko to robiliśmy, tylko z ważnych powodów, a moja odmienność aż tak ważna nie była, wolałem poradzić sobie sam z tym. Jednak cieszę się, że chcą mnie wspierać. Mieszkamy teraz tutaj, na obrzeżach miasta przy lesie, który otacza miejscowość i ciągnie się kilometrami w każdą stronę. Kiedy dojechaliśmy na miejsce dowiedziałem się, że będzie z nami mieszkać moja ciocia, która również posiada jak to powiedzieli dar zmiany w wilka. Dar? Czy może klątwa? Dosyć byłem już inny od ludzi a to przeważyło wszystko. Całe życie starałem się dopasować i tak bardzo nie odstawać ale teraz to już niemożliwe. Nie pasuje do świata ludzi, co tu dużo mówić. Mam ochotę zniknąć do jednej z krain z moich snów i nigdy nie wrócić. Akurat to nie chce się spełnić! Przeżyłem rozpakowywanie i zwiedzanie miasta, ale załamałem się konkretnie kiedy kazali mi iść do lasu aby poznać kogoś podobnego do mnie, ponieważ jest tu kilka watah i stad. A po co? Aby nie uznali mnie za wroga. Pałętałem się bez celu po lesie, dziwnie tu było, czułem coś, jakby niepokój. Nagle ktoś wyskoczył zza drzewa, była to dziewczyna o fioletowych włosach i ciemnych jak noc oczach, w które chwile się wpatrywałem.
- Co tutaj robisz? - zapytała pierwsza.
- Wybacz jeżeli naruszyłem jakieś tereny bądź coś innego. - Spojrzała na mnie jak na kretyna. - No co? - zapytałem.
Ona jednak przypatrywali się czemuś co było obok mnie, spojrzałem tam gdzie dziewczyna, a tam było pełno mistycznych stworzeń z pyłu.
- Nie zwracaj uwagi proszę. - dodałem.
- Jak się nazywasz? - zapytała podchodząc nieco bliżej.
- Ka... Nachi. - uśmiechnąłem się i wyciągnąłem w jej stronę dłoń. - A ty?
- Kanachi? - zaśmiała się. - Jestem Juliett. - odwzajemniła gest.
- Jestem Nachi. Co tutaj robisz? - zapytałem.
- Przybyłam na tereny swojej starej watahy z sentymentu, rozpadła się i nie zostało po niej nic! - powiedziała teatralnie.
- To chyba przykre. - odparłem zbyt obojętnym tonem.
- Trochę tak. A ty co tutaj robisz?
- Zostałem zmuszony do szukania watahy czy czegoś w tym rodzaju. - Westchnąłem.
- To dobrze, wilki są stadne, samotność szybko zaczyna im doskwierać. - uśmiechnęła się.
Więc chyba nawet do świata wilków nie pasuje. Pomyślałem.
- Chyba już będę wracać, to cześć. - mruknąłem na odchodne.
- Przyjdź tutaj w nocy to może się jeszcze spotkamy! No i może pomożesz mi stado wskrzesić! - zawołała.
Chyba raczej nie. Pałętałem się po lesie aż trafiłem na ulice. Poszedłem wzdłuż niej aż trafiłem do miasta. Nie chciało mi się wracać do domu więc łaziłem tak bez celu uliczkami aby nikogo nie spotkać. Trafiłem jednak na szkołę, do której mnie zapisali. Podobno mają mnie tu nauczyć panowania nad mocami i tym podobne. Westchnąłem ciężko, a po chwili usłyszałem czyjeś kroki w moją stronę się kierujące.


Juliett? Wybacz początek raczej mi nie wychodzi X"D

czwartek, 4 maja 2017

UPADAM BO LUBIĘ. ~ SLK

Brak komentarzy:
Hejka człowieki!
Tak się trochę podupadło watasze, co nie?
Ale spokojnie,  nie zamierzam jej zamykać. Niech sobie istnieje i wciąż nam służy jako zbiorowisko największych bzdur, jakie internet kiedykolwiek widział. Piszcie cokolwiek, kiedy,  jak i gdzie chcecie. Wciąż trwa nabór nowych członków, czekać tak że na tych,  który boli tutaj od początku. A teraz się z wami żegnam i przy okazji zareklamuję mojego nowego bloga.

KLANY WILKÓW

Dżuljet <3


Ja pierdziu znowu? A tym razem byłam aktywna :c ~Alyss, Will, Ashton, Ansel, Tiago, Ever 

sobota, 29 kwietnia 2017

Od Alyss

Brak komentarzy:
Cały piątkowy ranek spędziłam na rozwieszaniu anonimowych plakatów. Robiłam to bardzo wcześnie w dodatku ubrana w długą, czarną, rozpinaną bluzę sięgającą trochę ponad kolano by mieć pewność, że nikt mnie nie rozpozna. W końcu zmasakrowałam w tej okolicy już paru ludzi, a jeden nawet gdzieś się zapodział (Rei do jasnej ciasnej?) i nie mogłam dopuścić by takie sieroty rozpowiedziały, że to ja organizuję grilla. 


Chcesz się zabawić? Oderwać od nudnej codzienności? A może po prostu marzysz o darmowej wyżerce i schlaniu się w trupa? W takim razie przyjdź W SOBOTĘ O 18:00 na GRILLA w okolice opuszczonej CHATKI MYŚLIWSKIEJ.

Grubi ludzie mile widziani  ( ͡° ͜ʖ ͡°)



W sobotnie popołudnie zaczęłam sprawdzać czy aby napewno wszystko jest cacy. Muszę mieć pewność, że gościom będzie na tyle dobrze, że zostaną tu na długo. 
Mięso. 
Najbardziej oczywista i zarazem najbardziej oczekiwana przez wygłodniałych nastolatków rzecz. Oczywiście miałam zorganizowaną kiełbasę, steki i szaszłyki, które przechowywałam w tajnej skrytce, pod panelami w chacie myśliwego. Ale chciałam czegoś więcej. Czegoś mocniejszego... 
I wtedy ulicą przeszedł ON. 
Wysoki chłopak, mniej więcej w moim wieku. Wyglądał bardzo młodo, jasna cera sprawiająca wrażenie delikatniej kłóciła się z jego oczami, wypełnionymi nieugiętością i siłą. Lekki wiatr bawił się kosmykami jego brązowych włosów. Po rysach twarzy i charakterystycznych oczach poznałam iż to Azjata. 
Kuchnia azjatycka. To jest to. 
W głowie pojawiły mi się rozmaite przepisy...  Kurczak z curry, ryż, surowa ryba. 
To ON. 
ON będzie moim daniem głównym. 
Oblizałam się po czym weszłam w głąb lasu. Widziałam, że Obiadek kieruje się właśnie w tą stronę by skorzystać ze skrótów prowadzących przez gęstwinę. 

***

Cichutko poruszałam się między drzewami szeleszcząc nieraz liśćmi by wywołać większy niepokój u Obiadka. Co jakiś czas wybuchałam histerycznym, typowym dla wiedźmy z bajki, głosem po czym migiem go urywałam. 
Z początku Azjata nie zwracał uwagi na te odgłosy. Z czasem jednak zaczął rozglądać się na boki bardziej zdziwiony niż przestraszony. Widziałam w jego oczach lekki niepokój aczkolwiek był on bardzo słaby. Twarda sztuka. 
- Obiadku.... -wyszeptałam śpiewnie. 
Chłopak zmarszczył brwi. Głosy zaczynały go irytować, bo najwyraźniej liczył na spokojny spacer i tyle. Nie miał dziś w planach zostać obiadkiem na moim grillu. 
Jeszcze kilka razy wysyczałam pojedyncze słowa przez zaciśnięte zęby po czym widząc, że na nieznajomym nie robi to większego wrażenia zeskoczyłam z drzewa, na którym siedziałam, a pod którym ON akurat przechodził. 
Azjata padł pod moim ciężarem na ziemię i uderzając głową o kamień stracił przytomność. Wiedziałam jednak, że nie na długo. 

Zaciągnęłam facecika do chatki i ułożyłam na stole. Był dość ciężki, ale jako osoba, która targa ciała ofiar i rzuca w nie drzwiami samochodowymi, które sama wyrywa, byłam wprawiona. W szale przybywa mi siły i energii.
Przywiązałam ręce i nogi Azjaty do kantów stołu grubym sznurem i zajęłam się szukaniem przypraw. 
- Chrzan, chrzan, chrzan... -zanuciłam wyciągając z półki słoik z jasnym, śmierdzącym gównem, którego nigdy nie lubiłam. 
- Pieprz, pieprz, sól... 
Blat kuchenny powoli zapełniał się słoikami. Postanowiłam też nafaszerować chłopaka kokainą by zapewnić gościom lepszą zabawę. 
Podeszłam do stołu z ogórkiem kiszonym w ręce i zaczęłam smarować nim czoło nieprzytomnego. 
Azjata jęczał coś przez sen, a gdy otworzyłam słoik z chrzanem, zmarszczył nos. 
Musiałam zdjąć z niego koszulkę, ale nie zawracałam sobie głowy odwiązywaniem jego rąk. Po prostu zerwałam z niego materiał i zaczęłam smarować mu klatę jasną mazią. 

Tae? 


wtorek, 25 kwietnia 2017

Od Juliett Cd Zack

Brak komentarzy:
Dawno nie spotkałam tak szczerej osoby. Na prawdę, bardzo ceniłam za to innych ludzi, a Zack zdążył już u mnie zapunktować. Co nie zmienia oczywiście faktu, że musi być na prawdę wielkim leniem.
- Chętnie - uśmiechnęłam się szeroko. - Tylko coś zostawiłam przy wejściu...
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku pokrowca z wiolonczelą. Z samego rana miałam próby do zbliżającego się festiwalu muzyki poważnej, na którym miałam zamiar wystąpić. Utwór który zamierzałam zaprezentować nosił tytuł "Canon". 
Chłopak na prawdę się zdziwił, gdy zobaczył, jak niosę w kierunku stolika sporych rozmiarów instrument. No, na pewno większy od gitary.
- A jednak grasz... - z zamyśleniem wpatrywał się w opartą o siedzenie wiolonczelę.
- Czyżbyś mi nie uwierzył? - zaśmiałam się.
- Ciężko mi było wyobrazić sobie ciebie przy takim instrumencie...
- No tak. - mój wzrok powędrował za okno. Westchnęłam cicho, gdyż właśnie zaczął padać deszcz. Duże, przezroczyste krople wody bębniły o szybę, a zaskoczeni ludzie uciekali pod najbliższe zadaszenia. - To musi nie być za łatwe, ale za to jest możliwe. - uśmiechnęłam się pod nosem.
- Grasz jeszcze na jakimś instrumencie? - zapytał niespodziewanie.
- Altówka, ale nie jest to jakaś wyczynowa gra. W ogóle dość późno zaczęłam grać na poważnie na instrumentach smyczkowych. Przez 6 lat robiłam to tylko i wyłącznie z woli rodziców, bo tak na prawdę od zawsze ciągnęło mnie do gitary. Zawsze gdy chodziłam na lekcje gry, mijałam rockowców. Tatuaże, kolczyki, nietypowy styl wyróżniający ich z tłumu i sama muzyka, jaką tworzyli to było coś, co przyciągało mnie do nich jak magnez. Chcąc być jak oni zaczęłam się buntować, a piękno muzyki poważnej zauważyłam dopiero wtedy, gdy poważnie zachorowałam. - przygryzłam wargę na wspomnienie najgorszych 3 lat mojego życia. Ciężko mi się o tym mówiło, zwłaszcza teraz, w okresie, w którym wszystko jeszcze mogło obrócić się przeciwko mnie.
- A ty? Grasz na czymś jeszcze, a może śpiewasz? - kąciki moich ust uniosły się lekko, a ja przeniosłam wzrok na twarz mojego towarzysza. 
- Komponuję muzykę, głównie utwory na pianino i gitarę. - odparł.
- Czyli też grasz na gitarze?
Pokiwał twierdząco głową.

Zack? Pomysł był, wykonanie... trochę gorsze

sobota, 22 kwietnia 2017

Od Zack'a cd Juliett

Brak komentarzy:
Nie zdążyłem się nawet pożegnać, powiedzieć zwykłego ''pa'' bo dziewczyna w nietypowym kolorze włosów wybiegła z pokoju jak poparzona. Trzymałem kartkę na której był zapisany jej numer telefonu. Popatrzyłem na nią i niedbale włożyłem do kieszeni spodni. Mam nadzieję, że chociaż tej kartki nie wypiorę z tymi spodniami. Westchnąłem głęboko, zarzuciłem na ramię sportową torbę i powoli ruszyłem w stronę wyjścia. Zatrzymał mnie wyraźnie słyszalny rock. Podszedłem do drzwi i zajrzałem do pomieszczenia przez małą szybkę. Na gitarze grała tam nowo poznana przeze mnie dziewczyna wraz z pozostałymi chłopakami. Nigdy nie przepadałem za tego typu muzyką. Wolałem spokojniejsze klimaty. Boli mnie zazwyczaj głowa gdy posłucham chociażby przez chwilę właśnie tego typu muzyki, choć przyznam na swój sposób mnie trochę irytuje. I nadal nie potrafiłem sobie wyobrazić Yui przy tak poważnym instrumencie i spokojnej, wręcz lekko melancholijnej muzyce. Wzruszyłem ramionami i ruszyłem ostatecznie w swoją stronę.
***
Minął tydzień a ja nadal nie zadzwoniłem. Kartka z jej numerem leżała centralnie na moim zagraconym biurku i ciągle o sobie przypominała. Jednakże nie miałem w ogóle ochoty rozmawiać z kimś takim jak poznana dziewczyna. Wydawała się dla mnie taka energiczna i rozmarzona. Całkiem świadom jestem, że nie powinienem tak myśleć. Yui naprawdę może okazać się wartościową osobą, tylko trzeba ją dobrze poznać i do tego dać trochę czasu by dostrzec te pozytywne cechy charakteru.
W sumie przyszedł kolejny dzień a mi się ani myślało zadzwonić. Pierwsze co zrobiłem to po porannej rutynie to ruszyłem w miasto. Po prostu trochę pospacerować czy też zwyczajnie się odstresować. Poranna pora sprawiała, że na chodniku mijało mnie wiele dzieci z plecakami jak i osób śpieszących się do pracy. Odruchowo poprawiłem bluzę, czując chłodną aurę poranka. Rozejrzałem się i po chwili pomyślunku, postanowiłem wejść do pobliskiej kawiarni. Serwowali tam śniadania i mieli pyszne kawy, od których byłem prawie uzależniony. Droga do niej minęła mi spokojnie i niebywale szybko. Gdy do niej wszedłem od razu poczułem jak otulają mnie przyjemne kosmyki ciepła, które muskały moje policzki. Uśmiechnąłem się do puszystej dziewczyny za kasą na co ta tylko się zarumieniła i sama wykrzywiła usta w uśmiech. Była naprawdę urocza. Złożyłem u niej zamówienie na dwa tosty i tą cudowną kawę nadal się szarmancko uśmiechając. Ta zapisując moje słowa znikła w kuchni a ja w tym czasie usiadłem w stoliku przy oknie. Na pewno miło jej się zrobiło, że tak ją serdecznie potraktowałem. Czeka ją praca do późnego popołudnia, a miłe zaczęcie dnia jest nie zwykle pokrzepiające. Przyglądałem się ludziom na ulicy. Wszyscy się śpieszyli a ja siedziałem spokojnie. Było to wręcz błogie uczucie wytchnienia, którego tak bardzo mi brakuje. Oparłem głowę na dłoniach i z lekko przymrużonymi oczami czekałem na zamówienie.
Moją oazę spokoju przerwał lekko podenerwowany jednakże melodyjny głos. Spokojnie odwróciłem głowę od szyby widząc Juliett. Patrzyła się na mnie z wyrzutem.
 - Czemu jeszcze nie zadzwoniłeś? - zapytała, trzymając się za boki.
 - Zgubiłem kartkę z twoim numerem - wypaliłem bez zastanowienia, jednakże po chwili nie zręcznej ciszy dodałem - A tak naprawdę, to jestem zwyczajnym leniem i mi się nie chciało - tym razem powiedziałem prawdę. Może nie była to cała prawda, ale jakaś cząstka zawsze się liczy. Dziewczyna westchnęła ciężko. Nagle przypominając sobie dobre wychowanie, wstałem i gestem ręki zaprosiłem ją do stolika - Może kawy? Jest tu naprawdę dobra. - zaproponowałem i czekałem na decyzję nowej znajomej.

Juliett? Dasz się skusić na kawkę od rana? Spoko, ja stawiam ;3

Od Juliett Cd Zack

Brak komentarzy:
Uważnie przyglądałam się nutom. Jeżeli by tak zagrać je na wiolonczeli...?
- Chodź, pokażesz mi, jak to brzmi. - powiedziałam i nie czekając na jego odpowiedź weszłam ponownie do małego pomieszczenia w którym znajdował się instrument. Kartki z nutami położyłam na pulpicie.
Chłopak wyglądał na bardzo zirytowanego moim zachowaniem. No trudno, muszę tego posłuchać. Teraz.
- Na co czekasz? - zapytałam unosząc brew.
- Nie znam cię...
- No właśnie. Możesz liczyć na subiektywną, szczerą opinię. Nie gustuję tylko i wyłącznie w mocnych brzmieniach. Poza tym jestem Juliett, możesz zwracać się do mnie Yui.
- Zack. - odparł.
Niechętnie podszedł do pianina, które pokryte było cienką warstwą kurzu. Na prawdę bardzo pasowało do mrocznego nastroju pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy.
Gdy tylko dotknął klawiszy, ze skupieniem wpatrując się w kartki, powietrze przeszyły pierwsze dźwięki. Melodia grana przez Zack'a była smutna i melancholijna, jednak miała w sobie to coś. Co chwila zaskakiwała w tych najmniej oczekiwanych momentach, dzięki czemu ciekawiła i intrygowała słuchacza. Nie mogłam oprzeć się myśli, jak cudownie brzmiałaby w tym utworze w duecie z pianinem wiolonczela. Rozmarzona zamknęłam oczy i zaczęłam poruszać ręką tak, jakbym trzymała smyczek zaraz przy strunach instrumentu. Nie zauważyłam nawet, kiedy chłopak przestał grać.
Odchrząknął cicho, a ja w ułamku sekundy oprzytomniałam.
- Niesamowite. Musimy to kiedyś razem zagrać. - wypaliłam bezmyślnie - to znaczy, jeżeli będziesz miał ochotę...
Spojrzał na mnie jak na idiotkę.
- Na gitarze? - uniósł brew.
Zaśmiałam się muskając palcami instrument przewieszony przez ramię.
- Można by kiedyś spróbować, ale myślałam raczej o wiolonczeli. - na moich ustach pojawił się promienny uśmiech.
Chłopak zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, jakby zastanawiając się, czy to możliwe, że gitarzystka i wokalistka rockowa byłaby zdolna zamienić się w poważną wiolonczelistkę grającą w zaciszu własnego pokoju.
Wyciągnęłam z kieszeni spodni mały notesik. Napisałam na nim swój numer telefonu, następnie oderwałam karteczkę i podałam mojemu towarzyszowi.
- Jeżeli będziesz chciał kiedykolwiek spróbować ze mną zagrać, dzwoń śmiało. A teraz wybacz, ale muszę pędzić na próbę. Do zobaczenia! - krzyknęłam i wybiegłam z pokoju, wpadając zdyszana na wynajętą przez nasz zespół salę.
- Yui, gdzie ty do cholery byłaś? - zapytał Nick, również gitarzysta i wokalista.
No właśnie, zapomniałam przedstawić naszą ekipę. Składała się ona z dwóch gitarzystów- mnie i Nicka, dwóch wokalistów którymi również byliśmy my, gitarzysty basowego Theo oraz perkusisty Eric'a. Łącznie była nas czwórka.
- Autobus mi zwiał - wydukałam. Nikt nie wiedział, że interesuję się również muzyką poważną. Nie powiedziałam chłopakom bo stwierdziłam, że tak było lepiej.
- No to co, zaczynamy - westchnęłam. Wyciągnęłam gitarę z pokrowca, dostroiłam struny i ułożyłam instrument na prawym udzie.

Zack?

środa, 19 kwietnia 2017

Od Tamary cd Rei'a

Brak komentarzy:
JAK SIĘ OPATRUJE DZIURĘ W RAMIENIU? LUDZIE HELP, NIECH KTOŚ DZWONI NA 112!!
 Dobra to teraz na poważnie xd
 ***
 
Popatrzyłam na Rei'a. Stał niewzruszony, jakby obojętny na to co przed chwilą zaszło. Zasłoniłam dłonią usta, by nie krzyknąć ze wściekłości, która wyraźnie mieszała się z lękiem. Bałam się o jego zdrowie, co jeżeli nóż uszkodził jakąś kość czy też ważną żyłę? 
 - O święty bucie umyty w szampanie! - wydusiłam z siebie, opamiętując się przed wybuchnięciem wściekłością, przy okazji bluzgając. Serce zabiło zdecydowanie szybciej, kiedy obserwowałam koszulkę przyjaciela. Coraz szybciej nasiąkała krwią. Wypuściłam z siebie powietrze, szybko się opamiętując. Podeszłam do niego pewnym krokiem, chcąc zobaczyć ranę. Nóż był wbity naprawdę głęboko. Spojrzałam Rei'owi w oczy. Zimne, błękitne oczy nie zdradzały żadnych uczuć. Choćby najmniejszej oznaki przerażenia, lęku czy też bólu. Zmarszczyłam brwi, zła na niego i wróciłam wzrokiem na ranę. Kaszlnęłam by opanować głos. 
 - Em, tak więc... nóż musi zostać na miejscu. Jak bym go wyjęła najpewniej byś się wykrwawił a tego nie chcemy - zaczęłam mówić bardzo wolno. Było to po to, by uspokoić porozrzucane emocje, ale i ułożyć jakiś plan działania. Podrapałam się za tył głowy, zamknęłam na chwilę oczy nadal nie mogąc zrozumieć zachowania chłopaka. Zmienił się i to bardzo... Ale to nie pora, by rozwlekać jaki był w młodości. Potrząsnęłam głową zła na siebie. Kontynuowałam więc - Ja tu nic nie zrobię. Trzeba iść z tym do lekarza. Nie chcę nawet próbować sama tego wyciągać - Pomasowałam się po skroni, zerkając na chłopaka. Jego dłoń już kierowała się w stronę noża, który tkwił w ramieniu. Widząc co, ciśnienie diametralnie mi podskoczyło, jednak udało mi się nie wybuchnąć a całkiem dobrze opanowałam ton mojego głosu. 
 - Ty głupia góro lodowa! Ty przeklęta kupo mięsa! Zostaw to! - powiedziałam ostro, uderzając go mocno w dłoń, którą chciał wyjąć przedmiot tkwiący w jego ciele. Westchnął ciężko. 
 - To co chcesz z tym zrobić?! - zapytał się dodając do swojej wypowiedzi szczyptę sarkazmu. 
 - Przede wszystkim musimy iść teraz do szpitala, muszą to zrobić profesjonaliści... - odpowiedziałam, ciągle opanowanym tonem głosu. Przyjaciel spojrzał się na mnie jak na skończonego debila. 
 - Zgłupiałaś? Idę do domu i sam sobie to wyjmę - wzruszył ramionami, zirytowany moją postawą.
 - Sam jesteś debil... - wymruczałam. Zakryłam dłonią twarz my się skupić, po czym znowu zaczęłam mówić. Jednakże tym razem już się wściekłam - Wiesz co? Z tobą teraz to jak z małym dzieckiem! A przypominam ci, że ja naprawdę nienawidzę dzieci... Idziesz do tego szpitala i zamknij się. Nie chcę słuchać twoich durnych usprawiedliwień - zaczęłam niekontrolowanie machać rękoma, dając upust złości na chłopaka. Ten tylko patrzył się na mnie obojętnie z lekką nutą politowania. Złapałam go za rękę i zaczęłam ciągnąć za sobą. Inaczej się go nie zaprowadzi jak siłą. 
 - Tamara, Tamara, Tama... - powtarzał. 
 - Czego? - zapytałam się trochę ostrzej niż zamierzałam. 
 - Ręka - odpowiedział krótko. Odwróciłam się i spostrzegłam, że ciągnę go za rękę w którą jest poszkodowany. Spojrzałam to na nóż to na chłopaka. 
 - Ojć - mruknęłam zła na siebie. 

Rei? Przepraszam, że takie naprawdę totalnie nic nie wnoszące do akcji czy coś, ale zmęczenie daje o sobie znać xd



Od Zack'a cd Juliett

Brak komentarzy:
Dzień wyjątkowo pochmurny i ponury, ale miał w sobie jakąś część piękna. Szarzy ludzie tłoczyli się pod moją kamienicą, idąc do pracy bądź do szkoły, a osoby starsze do apteki - wydać swoją emeryturę na leki, bez których nie mogą żyć. Im dłużej obserwuje takich ludzi, coraz bardziej przeraża mnie myśl o zestarzeniu się. O tym bólu który będzie chciał rozerwać moje ciało od środka i będę zmuszony panować nad nim, biorąc antybiotyki o które i tak będę musiał błagać. Moje kości będą tak kruche, że jedno zwykłe delikatne uderzenie spowoduje, że je złamię. Będę w domu sam, wraz z grającym pudełkiem, które będzie mi służyło za telewizor. Wszyscy znajomi umrą a jeżeli ktoś będzie cudem żył, będzie dzwonił sporadycznie i tak by ponarzekać na swój fatalny stan. I w tej chwili zrobiło mi się niesamowicie żal tych ludzi. Nie chciałem dożyć tego momentu. Przerażał mnie. Oderwałem wzrok od widoku za okna i zacząłem zbierać porozrzucane po moim pokoju karty z nutami. Odkryłem, że w tym mieście funkcjonuje zespół rock'owy. W budynku, w którym wynajmują pomieszczenia do prób znajduje się także jeden mały, obskurny pokój do gry na pianinie. Fart lub ewentualnie cud chciał, że znajdowało się tam pianino. Kiedy się o tym dowiedziałem, uznałem, że jak najszybciej trzeba będzie to sprawdzić jak i również, przede wszystkim wypróbować. Do torby, luzem schowałem pogniecione notatki i kartki na których znajdowały się zapisane nuty. Nie byłem ich do końca pewny i chciałem je usłyszeć na żywo, grając na instrumencie.
***
Byłem z siebie całkiem zadowolony. Dawno ogarnęło mnie uczucie dumy i samozadowolenia. Zdecydowanie poczułem, że tęskniłem za tym. Utwory, które pisałem przez tak długi okres czasu podobały mi się. Co prawda nie wiem, jaka była by reakcja kogoś innego, innego obiektywnego i szczerego człowieka. Uświadomiłem sobie, że niestety brakuje mi także doświadczonej osoby w grze na pianinie, która mogła by mi doradzić, skrytykować czy też pochwalić. Pogniecione kartki włożyłem do torby. Nie zamknąłem jej na suwak, uznając, że notatki i tak są bezpieczne. Powoli wyszedłem z pomieszczenia, które tak jak przypuszczałem, było całkiem zapomniane i obskurne. Pianino było tylko lekko zakurzone, ale to mi nie przeszkadzało. Prezentowało się cudownie w tym zapuszczonym pokoju. Zdążyłem wyjść z pomieszczenia, gdy poczułem, że siła z jaką oberwałem odrzuca mnie do tyłu, co spowodowało, że wylądowałem na tyłku. Z torby oczywiście wszystkie możliwe notatki wyleciały, bo głupi jej nie zapiąłem. Kiedy trochę oszołomienie spowodowane uderzeniem, zeszło ze mnie, spostrzegłem kto na mnie wpadł. Dziewczyna o zafarbowanych fioletowych włosach podeszła zmartwiona do swojej, najwyraźniej, gitary, która leżała na podłodze. Szybko ją podniosła i otrzepała z niewidzialnego pyłku. Traktowała ją niczym żywą osobę. Powoli wstałem i zdążyłem podnieść jedną kartkę z nutami gdy ta zdążyła przeprosić, i rzucić się na mnie jak wściekła.
 - Uważaj jak chodzisz! Moja gitara przez ciebie upadła! - krzyknęła, cała czerwona ze złości. Przewróciłem oczyma.
 - Przepraszam, nie zauważyłem cię... - chciałem się spokojnie skończyć tłumaczyć i normalnie wrócić do domu, ta jednak mi na to nie pozwoliła.
 - To nie zmienia faktu, że uważał być trochę! Kur... - teraz ja jej nie pozwoliłem dokończyć. Centralnie przed nosem zacząłem jej machać kartką z nutami i tłumaczyć podniesionym głosem, że naprawdę nie chciałem. Ta jednak zignorowała mnie i tylko patrzyła na papierek jaki trzymałem w dłoni. Wyrwała mi go bez pytania na co tylko zmarszczyłem brwi z niezadowolenia. Szybko pozbierałem pozostałe i kiedy skończyłem stanąłem nad dziewczyną, chcąc by mi oddała moją własność. Ta jednak spojrzała się na mnie jak na debila.
 - Do czego to są nuty? - zapytała z iskierkami w oczach.
 - Ugh, do pianina - mruknąłem pod nosem, spuszczając lekko głowę. Ożywiłem się jednak szybko - Możesz mi to oddać? Rozstaniemy się i zapomnimy o całym tym przykrym zajściu - powiedziałem już wyraźnie i głośno. Dziewczynie jednak ani się myślało oddać to co było moje.

Juliett? Przepraszam, że tak długo czekałaś i do tego takie denne wyszło xd

Od Alyss CD Rei'a

Brak komentarzy:

Patrzyłam na chłopaka mrużąc oczy i analizując dokładnie to co właśnie powiedział. W głowie kłębiło mi się mnóstwo pytań ale nie pojawiło się żadne rozwiązanie. Byłam rozdrażniona tym, że zepsuł mi zabawę i nawet nie postarał o to by mi to wynagrodzić. Ja jednak wiedziałam, że nie odpuszczę. Dowiem się czego będzie trzeba, wyciągnę informacje z każdego. W ostateczności zadowolę się skrzywdzeniem jego rodziny, o ile w ogóle ją ma. Może to wywoła w nim jakieś emocje.
Na razie postanowiłam jednak tylko obserwować Rei'a.
W pewien sposób mnie intrygował. Nie czuł żadnych emocji. Zastanawiało mnie czy już taki się urodził czy może kiedyś był normalny.
Przerwałam potok myśli. Nastolatek badał właśnie gruzy jakieś 40 metrów dalej.
- Okey -powiedziałam bardziej do siebie niż do niego.
Chłopak podniósł głowę a gdy zdał sobie sprawę, że nie mówiłam do niego, wrócił do swojego zajęcia.
Ja tymczasem usadowiłam się na jednej z poziomo wystających ze ściany desek. Przyglądałam się Rei'owi w milczeniu.
- Wiesz, że będę cię teraz śledzić? -spytałam.
Nie było sensu ukrywać swego planu. On i tak się tym nie przejmie, a po za tym sam szybko by się zorientował.
- Mam tylko nadzieję, że robisz w życiu też ciekawsze rzeczy niż łażenie wśród gruzu? -dodałam

Rei?

Od Reimentha CD Alyss

Brak komentarzy:
   Dziewczyna pewnie była by denerwująca... może przerażająca, gdybym coś czuł. Rany powstałe na wskutek jej ataków swędziały. Niektóre szczypały a inne mrowiły, jednak wcale mi to nie przeszkadzało. Nie wywoływały wyraźnego odczucia które mogło by zająć mi myśli i przesłonić zdrowy rozsądek. Chciałem się tu tylko chwilę rozejrzeć, często w takich miejscach można odkryć coś co się nie powinno. Jednak nie liczyłem na nastolatkę która najwyraźniej była sadystką Zabrała mi telefon, niech robi z nim co chce, większość numerów wcale nie była nazwana. Przez większość mam tu na myśli cztery z pięciu które posiadałem. Telefonu ojca nawet nie zapisałem. Znałem go na pamięć.
   - Czemu cię nie boli? - zapytała podchodząc bliżej, spoglądając mi głęboko w oczy. Jej spojrzenie było ciekawe, ciemny kolor tęczówek nie wydawał się ani trochę przyjazny. Chodź co ja tu mogę mówić o moich odczuciach. Mówię tylko to co pamiętam. Inni widząc przed sobą zeszyt, powiedzą, że to ich ulubiony i nie wolno go czytać bo się zawstydzą. Dla mnie był by to zaś zwykły zeszyt. Wszystko było tylko przedmiotami, a życie katorgą. Westchnąłem udając znużenie. Zmieniłem ekran mojego, telefonu na biały. Więc nie można było na nim nic zobaczyć. Zbliżyłem się do jej twarzy schylając się.
   - Bo może, złotko - powiedziałem bez wyrazu. Odsunąłem się i poszedłem dalej rozglądając się po fabryce. Pożar? Powódź? Co zmusiło innych do opuszczeni tego miejsca w panice, że pozostawiali swoje rzeczy nie patrząc na nic?
   - Hej! - usłyszałem krzyk za moimi plecami, odwróciłem się. Dziewczyna wyraźnie zdeterminowana, wiedziałem dobrze w jakim celu. Nie wiem jednak jakbym się starał, nie dam jej tego co chce. Stała tam z moim telefonem i zamachnęła się w kierunku okna. - Powiedz mi, to twój telefon nie ucierpi.
   - O...okey... - otworzyłem szeroko oczy, próbując wyglądać jak najbardziej na przerażonego. Uniosłem dłonie w geście poddania się. Powoli zacząłem podchodzić do niej. Opuszczała powoli dłoń z moim telefonem z dziwnym grymasem twarzy. Była niepewna ale chyba uwierzyła. W końcu wyrwałem jej mój telefon. Zaśmiałem się sztucznie. Tak sztucznie jak tylko się dało. Złamałem telefon na pół i wyrzuciłem go gdzieś w gruzy. - Kłamałem.
   - Jesteś dziwny... - skwitowała. Była już spokojna. Skrzyżowała ręce na piersi. Wzruszyłem ramionami i ruszyłem przed siebie. Po chwili usłyszałem za sobą szybkie kroki. Odwróciłem się w ostatnim momencie mocno chwytając metalową rurę, którą zamachnęła się na mnie dziewczyna już odrobinę zniecierpliwiona. Nadal jednak poważna.
   - Nie jestem dziwny, jestem Rei - powiedziałem krzywo się uśmiechając.
   - Czemu?! - wrzasnęła uderzając mocno prętem o betonowe wyłożenie. Po czym rzuciła gdzieś daleko narzędzie. - Czemu nie dasz mi tej satysfakcji?! - wysyczała.
   - Bo nie mogę. Nie wiem, co byś mi zrobiła ja nadal nie będę mógł poczuć bólu i strachu o jaki pragniesz mnie przyprawić. Więc, radzę ci odpuścić. Znajdź sobie inną zabawkę, ze mną tracisz tylko czas.

Alyss? Nie zabijaj tylko mnie proszę, chce jeszcze pożyć XD.

Od Alyss cd Reimentha

Brak komentarzy:

Z tym kolesiem było coś nie tak. Żaden ruch z mojej strony nie wywołał u niego lęku ani bólu. Na tej dziwne poważnej twarzy, z której uleciały wszystkie emocje, nie dostrzegłam nawet cienia cierpienia.
To nie było normalne.
Nikt dotąd nie sprzeciwił się mojej rządzy. Zawsze dostawałam krzyki, błagania i jęki kiedy tylko chciałam.
Spojrzałam na kamień, który chwilę temu rzuciłam w stronę nieznajomego, a który teraz odbijał się od jego kościstej ręki. Syk bólu rozległ się o ułamek sekundy za późno by uznać go za prawdziwy. Po za tym nie widziałam w oczach ofiary tego... Tego czegoś. Tej iskry cierpienia, która jak dotąd pojawiała się u każdego. Zauważyłam w nich za to coś innego. Obojętność.
Mężczyzna zatem stanowił wyzwanie. Wiedziałam, że nie odpuszczę póki nie znajdę sposobu by go zranić tak by go zabolało.
Patrząc na jego grę aktorską postanowiłam sprawdzić jak długo może tak stać i jęczeć.
Jeden kamień
Drugi kamień
Trzeci kamień
Czwarty kamień
Zardzewiały gwóźdź
Kawałek spruchniałej deski
W końcu przedmioty wokół mnie się wyczerpały. Mnie samej z resztą też się już nudziło. Wiedziałam, że w ten sposób niewiele wskuram.
Chłopak również znudzony ruszył w głąb fabryki ignorując moją obecność.
Tym bardziej miałam ochotę podbiec do niego, zanurzyć palce w szramie na jego czole powstałej po uderzeniu deską, i rozewrzeć ją tak mocno, że skóra całkiem oderwie mu się z twarzy.
Podbiegłam do niego lecz zamiast realizować wymyślone przez chwilą tortury po prostu wyciągnęłam mu z kieszeni telefon. Chłopak nie odezwał się ani słowem. Przyglądał się jedynie moim poczynaniom z tym chłodnym wyrazem.
- Może zaprosimy tu twoją mamę? Albo któregoś ze znajomych? Jestem pewna, że oni będą bardziej otwarci na nową znajomość niż ty -syknęłam i zaczęłam przeglądać kontakty.
Ku mojemu zaskoczeniu było ich o wiele mniej niż sądziłam. Nie było też podpisów typu "mama" "moje kochanie" jak u większości osób w jego wieku. Oderwałam na chwilę wzrok od telefonu i podchodząc bliżej do gościa stanęłam z nim twarzą w twarz.
- Czemu cię nie boli? -patrzyłam mu w oczy bardziej z zaciekawieniem niż groźbą.
Chciałam wiedzieć. Wtedy znajdę sposób by osiągnąć to czego chcę.

Rei? Nie ma sprawy i tak przyszła już kolej na ciebie :)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Od Reimentha CD Alyss

Brak komentarzy:
  Oddaliłem się już naprawdę spory kawałek od domu. Nie, znów nie wiem gdzie idę, tylko od jakiegoś czasu zastanawiam się czy to nie jest już rutyna? Chodzę gdziekolwiek, robię cokolwiek, byle zapełnić te nudne monotonne dni, praktycznie takie same. Ludzie nie potrzebują odkopywać grobów i ożywiać trupów. Jeden już jest i właśnie idzie w stronę opuszczonej fabryki. Zniszczona i niepotrzebna, a jednak nadal tu stoi i trwa. Brzmi znajomo prawda? Tak, odzwierciedla idealnie mój obecny stan. Ej, chyba jednak wiem gdzie idę, opuszczona fabryka widniała na horyzoncie. Było jednak coś co do niej nie pasowało. Mianowicie przed nią stało nowe, całkiem niezłe auto. Podszedłem bliżej. Samochód był otwarty. Nie byłem pewny czy to dobrze czy źle. Postanowiłem wejść do środka przez jedno z rozbitych okien. W środku słychać było krzyki. Poszedłem w ich kierunku. Jedyne co zobaczyłem to dziewczynę która znęcała się nad jakimś mężczyznom. Była to wręcz komiczna scena. Człowiek skulony w rogu opustoszałego i zniszczonego pomieszczenia, oraz pochylająca się nad nim dziewczyna. Wyglądała na kogoś w moim wieku. Ile to już będę miał lat? Kto by to liczył. Nawet nie zauważyłem, że podchodzę do niej bezszelestnie, uznać by to można więc z łatwością, że po prostu się do niej podkradałem. Na szczęście, po chwili nadepnąłem na pokruszone szkło, które rozpadając się na jeszcze mniejsze kawałki, wydało z siebie ość głośny dźwięk. Odwróciła się szybko w moją stronę.
   - Suuuper... Kolejny? W tym mieście żyją jacyś masochiści czy co? - powiedziała i zaczęła zmierzać w moim kierunku z kierownicą... hulajnogi? - W sumie lepiej dla mnie - Szła do mnie ze stoickim spokojem. Obserwowałem ją, jej każdy ruch. Wyglądała całkiem nieźle. Kiedy była blisko, wykonała szybki ruch kierownicą i uderzyła w moje nogi. Delikatne mrowienie rozeszło się po moim piszczelu. Odsunęła się i uniosła do góry brew. Ja nadal stałem nieruchomo, próbując znaleźć powód czemu chciała mnie skrzywdzić. Chodź po co powód? Jaki powód miałem ja przychodząc tu. Chciała uderzyć mnie w głowę jednak wykonałem szybki unik, co ponownie zdziwiło dziewczynę.
   - Co ty wyprawiasz? - zapytała - stój spokojnie bo połamię ci wszystkie kości! - zagroziła. Ja dalej stałem tam bez słowa wpatrując się uważnie w jej ciemne oczy. Próbowała jeszcze parę razy, zazwyczaj jednak nie trafiała, a gdy już trafiała to ja i tak nie reagowałem. Zaczęło ją to wyraźnie drażnić. W końcu, znużyła mnie ta walka. Złapałem za kierownicę i szybkim ruchem ręki, wyrwałem ja z rąk dziewczyny. Szamotała się, krzyczała, wyzywała mnie. Zmieniłem kolor przedmiotu na różowy. Nie wiem czemu, jednak co za różnica. Wyrzuciłem przedmiot za plecy. Mężczyzny nie było już w koncie, wręcz oczywiste było to, że samochodu też już nie było.
   - Kim ty jesteś, szumowino?! - zapytała wyraźnie poddenerwowana faktem, że nie dostała czego chciała.
   - Szumowiną - odpowiedziałem tonem, pustym i bez wyrazu. W sumie, nie chciałem grać, przyszyłem tu by pobyć sam, a nie na przesłuchanie. Rzuciła we mnie kamieniem, kto inny mógł by rzucić, byliśmy tu we dwójkę. Nie oderwałem wzroku od zniszczonej ściany budynku. Złapałem się za rękę i syknąłem z bólu.
   -Ej A to za co? - zapytałem zirytowanym tonem. Właściwe nic nie poczuje, może jak poudaje to się odczepi. W razie czego, nie dam zrobić sobie jakiejś wielkiej krzywdy.

Alyss? Co prawda nikt się z tobą nie przejechał i raczej pokrzyżował ci plany ale może to cię zadowoli.

Od Alyss

1 komentarz:

Wyciągnęłam z garażu swoją dawno nieużywaną hulajnogę. Był to dość dziwny środek transportu, przyznaję, ale nikt nie zaprzeczy, że jest wygodny. I praktyczny. W jednej chwili mogę zaskoczyć z pojazdu i nie spuszczając rąk z "kierownicy" wymierzyć solidny cios w głowę przeciwnika tą częścią, do której przymocowane są kółka.
Cios wystarczająco mocny by ofiara zemdlała i zaczęła krwawić ale nie na tyle mocny by zginęła. Bo przecież nie oto tutaj chodzi. Od zadawania szybkiej śmierci jest sama Śmierć. Ja jedynie daję przedsmak tego co czeka człowieka gdy trafi do speluny Lucyfera.
Ale mniejsza z tym.
Postawiwszy lewą stopę na hulajnodze, prawą odbiłam się od krawężnika. Kółka cicho podrygiwały sunąc po nierównej powierzchni. Dźwięk ścichł nieco gdy zjechałam na asfalt.
W starym mieście przywykłam już do tego, że nikt nie zwracał mi uwagi na to gdzie jeżdżę swoim sprzętem. Byłam jednak pewna, że tutaj wiedźma zapierdalająca na hulajnodze po autostradzie nie była normalnością i jakiś dziad prędzej czy później się przyczepi. Dlatego cieszyłam się, że nikogo wokół nie było. W prawdziwe lubię droczyć się ludźmi ale aktualnie miałam ochotę na zwykłą przejażdżkę. Bez rozlewu krwi.
Kwadrans później chodniki zaczęły zapełniać się ludźmi. Postanowiłam więc zjechać z asfaltu między nich by poturbować ich troszeczkę.
Byłam głodna.
Głód wzmacnia żądze.
Na szczęście widok dzieciaka trzymającego w ręku loda zapewnił mnie, że zaraz natrafię na budkę z lodami. Mimo to i tak nie mogłam się powstrzymać od szturchnięcia młokosa, który omal nie wpadł na ulicę. Upuszczając przy tym oczywiście zimny deser.
- Wariatka! Mogłaś zabić mojego syna! -usłyszałam ten irytujący matczyny głos.
Czy wszystkie stare baby muszą być takie strachliwe? Przecież żaden samochód nie jechał, jedyne co temu dzieciakowi groziło to to, że zarysuje sobie tyłek na asfalcie.
Sprawa szybko jednak wyleciała mi z głowy, bo oto rozpostarła się przede mną budka z lodami. Migiem podjechałam do budki i niedbale odrzuciłam hulajnogę na bok.

Chwilę później gdy ja zastanawiałam się nad wyborem smaku całą okolicę przeszył ostry pisk, a następnie zapach spalonej gumy. Wyjrzałam zza budki by sprawdzić czy może ktoś przypadkiem nie doznał przyjemnego do obejrzenia urazu. Niestety jedynym poszkodowanym była moja hulajnoga.
Podbiegłam do miejsca wypadku. Kierowca już wysiadał z samochodu i sprawdzał wielość szkód. Właściwie nie było żadnych po za tym, że mój sprzęt został przełamany na dwie części, a koła zupełnie odpadły.
- Ja- ja przepraszam. Ale co ta hulajnoga robiła na ulicy? -pytał wyraźnie zaniepokojony czy teraz będzie musiał ponieść koszty naprawy, a raczej zakupu nowego pojazdu.
Kucnęłam by podnieść kierownicę, która okazała się być w całkiem dobrym stanie a następnie trzasnęłam nią chłopaka w głowę.
- Leżała pajacu -odparłam ze stoickim spokojem po czym załadowałam faceta na tylne siedzenia w jego aucie.
Sama usiadłam za kierownicą.

W trakcie drogi -sama nie wiem dokąd jechałam, korciło mnie w sumie by przywiązać nieznajomego do torów ale jeszcze rozważałam ten pomysł- chłopak obudził się. Z początku był oszołomiony jednak gdy tylko zdał sobie sprawę co się dzieje, poderwał się na siedzeniu i pochylił na przednie siedzenie.
- Gdzie ty jedziesz? W ogóle masz prawo jazdy? -spytał masując swoje czoło.
- Nie. Ale jeżdżę lepiej od ciebie -odparłam przypominając mu o niedawnym wypadku- A co do celu podróży to nie wiem jeszcze czy lepsze będzie torowisko czy może szpital.
Chłopak zapewne wolałby szpital aczkolwiek nie chciałam go tam zabierać by go opatrzono. Wiedziałam po prostu, że w przychodni jest cała masa strzykawek, leków, maszyn... Istna sala tortur.

Kto chce się wybrać na przejażdżkę z niepoczytalną dziewczyną?

Alyss - nowa wadera!

Brak komentarzy:
Witamy w stadzie! 



Od Juliett Cd Rei

Brak komentarzy:
- nie mam nic przeciwko przeterminowanym żelkom.. - uśmiechnęłam się szeroko. - Co do nogi, to jeszcze boli, ale jest o wiele lepiej. - dodałam.
Rei otworzył paczkę żelków i poczęstował mnie. Następnie wyciągnął ze swojej torby apteczkę.
Pociągnęłam za nogawkę jeansów, odsłaniając zranione miejsce.
Chłopak pochylił się przede mną, ostrożnie zdejmując wczorajszy opatrunek. Gdy odkażał ranę, syknęłam z bólu.
- W porządku? - zapytał, wpatrując się we mnie uważnie.
- Tak, zabolało trochę - uśmiechnęłam się słabo.
Rei dokończył opatrywanie mojej rany, następnie ponownie usiadł na kamieniu obok mnie.
- Hm, co powiesz na polowanie? - na moich ustach zagościł łobuzerski uśmieszek.
- A co z nogą? Dasz radę? - spojrzał na mnie z niepewnością.
- Dam radę - zamieniłam się w wilka. - No, nie daj się prosić.
Koniec końców basior uległ moim prośbom i również zamienił się w wilka. Opuściliśmy moją jaskinię, kierując się w stronę pobliskiej polany.
Zaczaiłam się po jednej jej stronie w miejscu, gdzie zaczynał się las, natomiast Rei pobiegł na drugą stronę i zamaskował się wśród wysokich traw. Teraz wystarczyło tylko czekać.
Po około kwadransie ujrzałam wychodzącą z gęstwin lasu młodą sarnę. Niedoświadczona, słaba, o jeszcze nie tak dobrze wyczulonych zmysłach, wprost idealnie.
Przygotowałam się do wyskoczenia zza krzaków. Umówiliśmy się, że to ja zaganiam zdobycz w odpowiednie miejsce, następnie Rei do mnie dołącza i wspólnie atakujemy.
Gdy tylko ofiara dostatecznie się zbliżyła, wystrzeliłam jak z procy w jej kierunku. Ta w popłochu rzuciła się do ucieczki, biegnąc dokładnie w stronę miejsca, w którym czekał mój towarzysz.
Zanim sarna minęła basiora, zdążyłam już raz zaatakować, następnie on sam dołączył do mnie. Wspólnie w dość krótkim czasie powaliliśmy zwierzę na ziemię, następnie wspólnie przystąpiliśmy do jedzenia zdobyczy.

Rei? To jest takie słabe, że nie mogę na to patrzeć ;-;

Od Tamary CD Will'a

Brak komentarzy:
Odprowadziłam plastikową i pijaną dziewczynę wzrokiem. Tego typ, irytuje mnie jak mało co na tym świecie. Ale na koncie miałam o jeden dobry uczynek więcej - zawsze się przyda, nie pogardzę. Poczułam na sobie spojrzenie chłopaka, którego "wyratowałam" z opresji. Czy to nie powinno być przypadkiem na odwrót? Że to chłopak ratuje dziewczynę z rąk jakiegoś oprycha? Cóż za ironia losu. Nie wiem, czy mi się wydawało, ale chłopak miał lekko wystraszony wzrok. Może po prostu był lekko oszołomiony zachowaniem tamtej kobiety i całą zaistniałą sytuacją. Nie chciałam wprawić go w jeszcze większe zakłopotanie, wiec po prostu usiadłam na krześle obok niego i zamówiłam drinka. Kątem oka, dostrzegam na jego ustach uśmiech ulgi. Czyżby to był chłopak, z którym rozmawiałam przez ostatnie cztery dni przez internet? Nadal byłam w szoku, że zawarłam taką znajomość. Nawet nie wiem, czemu tak postąpiłam, może po prostu miałam potrzebę rozmowy z kimś a jakieś forum internetowe wydawało się idealne? Potrząsnęłam głową, karcąc sama siebie w duchu. Wzięłam łyk trunku, który przed chwilą dostałam i odwróciłam się przodem do chłopaka. Oboje mierzyliśmy się wzrokiem, oceniając siebie nawzajem.  Nawet jeżeli myślał o mnie negatywnie, nie powie mi tego - a ja nie powiem tego jemu. Siedział przede mną i wpatrywaliśmy się w swoje oczy, chcąc dogłębnie poznać osoby, z którymi pisaliśmy przez nie cały tydzień. Kierowała nami ciekawość. Nie spodziewałam się, że może mieć tak długie włosy. Jednakże, pasowały do niego i już nie mogłam go sobie wyobrazić w krótkich włosach.
 - Jestem Tamara, teraz mogę się już przedstawić w rzeczywistości. A ty, jak mniemam, William? - zapytałam się. Uścisnął delikatnie moją dłoń, z niepewnością. Dodałam jeszcze - Miło mi cię poznać, Williamie. Masz zacne imię. - powiedziałam bez zastanowienia, biorąc kolejny łyk drinka. Uśmiechnął delikatnie, jednakże nadal skrywając nieufność do mojej osoby. Trochę nie wiedziałam o czym mogę z nim rozmawiać.
 - Wydawało mi się, że jesteś trochę bardziej rozmowny przez internet. Jak myślisz? - zapytałam się na co on tylko kiwnął głową. Nie spodziewanie, wyciągnęłam rękę w jego stronę i szybkim ruchem zdjęłam z jego głowy kaptur. Miał gęste włosy, aż obudziła się we mnie lekka zazdrość. Czy tylko ja mam takie nijakie, tak zniszczone włosy, które nadają się tylko do zgolenia na łyso? Może po prostu nie potrafię o nie zadbać? Trafiły na nie właściwą osobę, one za sługują na kogoś lepszego. Nadal próbując zagaić rozmowę z nowym znajomym, kontynuowałam:
 - Pewnie myślałeś, że ładniejsza jestem, co nie? - zaśmiałam się cicho, ze swojej własnej głupoty i poziomu zadawanych pytań. Spojrzałam się na niego, lekko się uśmiechnął, po czym wzięłam kolejny łyk drinka, otarłam usta wierzchem dłoni, czekając na odpowiedź chłopaka.

William? Taki nie fart ci się trafił, że na mnie trafiłeś, współczuje :3

Od Tamary cd Hugo

Brak komentarzy:
Dziewczyna przez zwyczajne zmęczenie, nie miała siły skrytykować postępowania chłopaka. Cóż, odnalazła w sobie tę pokłady litości by go przygarnąć pod swój dach, jednakże nie podobało jej się, że jakiś ran-domowy chłopczyk szlaja się jej po kuchni i do tego robi jej śniadanie. Nie była przyzwyczajona to tego, że ktokolwiek odwdzięcza się jej i to w taki sposób.
Wzięła kęs naleśników. Dawno ich nie jadła i przyjemnością było teraz dla niej przypominanie sobie tego smaku. Spojrzała na Hugo i z pełnymi ustami zaczęła mówić:
 - A co jeżeli dodałeś do nich w luj smaczną truciznę, ja się tego nażrę jak świnia, ty sobie trochę poczekasz aż zdechnę w ustronnym miejscu, wychędożysz moje biedne zwłoki a później spalisz kawałek po kawałeczku w tym małym piecyku? - powiedziała spokojnym, ale jednocześnie chłodnym tonem głosu, nie spuszczając wzroku z chłopaka. Stał oparty o blat kuchni mocno zmieszany, ale i przerażony wypowiedzią małej niewinnej osóbki, która obżerała się teraz naleśnikami. Nagle wybuchnęła - Toż to zbrodnia doskonała! Gratuluje pomysłu - dodała tak nagle, że Hugo lekko drygnął. A ona tylko machała widelcem w jego stronę na którym był jeszcze nadziany naleśnik, ale ostatecznie i tak wylądował w jamie gębowej dziewczyny (loool co? xd).
Chłopak podrapał się w tył głowy, zakłopotany wypowiedzą Tamary, co ta zauważyła i uśmiechnęła się, zadowolona z siebie. Wzruszyła ramionami i dalej zabrała się do jedzenia, jednakże w pewnym momencie uświadomiła sobie, że nie powiedziała mu, czy smakuje jej to. Znaczy powiedziała, w swój specyficzny dość okrężny sposób, ale mógł tego przecież nie zrozumieć, prawda?
- Dobre są - wymruczała pod nosem, nadal z pełnymi ustami. Hugo spojrzał się na nią, oczekując, że powtórzy.
 - Nie słyszałem...? - Tamara zrugała go wzrokiem i skończyła posiłek. Podziękowała grzecznie, bo tak wypadało by zrobić po czym ruszyła przebrać się do swojej sypialni. Oczywiście zmywanie zostawiając swojemu nowemu współtowarzyszowi podróży, przecież i tak wykazała się niezwykłą hojnością pozwalają mu przespać się na kanapie. Ze swojej szafki wyjęła jakiekolwiek ciuchy, trafiając na za dużą, niebieską luźną bluzę i czarne zwykłe spodnie.
Na dziś planowała, albo wywalić Hugo z mieszkania, lub razem z nim poszukać watahy. Chciała by do niej dołączyć, a dawno nie była w formie wilka. Zdążyła się z swoją zwierzęcą formą stęsknić. Dobrze słyszała co chwilę jak chłopak otwierał i zamykał jakieś drzwi. Pewnie szukał toalety. Tamara totalnie to zignorowała i już miała zakładać bluzę... kiedy to otworzyły się drzwi od jej pokoju, w których stał Hugo. Spojrzał się na nią a ona na niego. Dopiero po chwili zorientował się, że to dość niezręczna sytuacja i szybko zamknął z hukiem drzwi.
 - Przepraszam! - krzyknął. Tamara nadal lekko oszołomiona, po prostu założyła bluzę i wyszła z pokoju. Spojrzała na chłopaka, a na jego policzkach był lekki rumieniec. Wzruszyła ramionami.
 - Nie ma sprawy. Ale nie miał byś czego podziwiać, jestem płaska jak deska - poklepała go po plecach jak starego znajomego. Spojrzał się na nią zdziwiony. Tamara była pewnie jedną z najdziwniejszych osób z jakimi miał kiedykolwiek do czynienia. Uśmiechnęła się sama do siebie.
 - To jak? Idziemy szukać tej watahy? - zapytała się, nadal lekko oszołomionego chłopaka.

Hugo? Przepraszam, że tak długo xdd Wgl, takie denne i nic nie wnoszące wyszło to opo xd

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Od Reimentha CD Juliett

Brak komentarzy:
   Stałem chwilę jeszcze przed jej jaskinią, powoli układając sobie w głowie każdą sekundę tego dnia. Trwało to jednak chwilę. Odwróciłem się i chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę domu. Moje cało było wykończone. Jakimś cudem dotarłem do domu. Stwierdziłem, że niestety ale zbyt wielki nieporządek tu panował ostatnimi czasy. Posprzątałem tylko tyle ile byłem na siłach, zajrzałem do ojca by sprawdzić czy wszystko z nim dobrze. Potem półprzytomny wdrapałem się po schodach do swojego pokoju i padłem po prostu na dywan. Nie miałem siły. Po prostu, dywan wydawał się teraz naprawdę przyjemniejszą opcją od starej rozpadającej się pryczy.
   Obudził mnie ból karku i ciepłe promienie słońca wpadające przez okno. Było dość wcześnie, słońce dopiero co jarzyło się czerwienią na horyzoncie. Kolejny dzień, kolejnego tygodnia, w kolejnym miesiącu. Który mamy dzień? Powinienem iść do szkoły? Może jest teraz wolne. Nie mam pojęcia, jednak nie tracę dużo. Zazwyczaj nadrabiam wszystko w bardzo szybkim tempie. Przynajmniej to zostało z ,,dawnego mnie''. Na początek prysznic, nowe czyste ubrania. Kiedyś wprawiało mnie to w dobry nastrój, teraz jedynie Dobrym pomysłem było by zobaczyć jak czuje się Yui i przy okazji zmienić jej opatrunek. Wydaje się na prawdę bardzo emocjonalną dziewczyna.
   Po codziennej rutynie w łazience, zbiegłem po schodach ignorując ból i zmęczenie. Może właśnie to, że ignorowałem wszystkie objawy sprawiło, że doprowadziłem się do takiego stanu. Zresztą nie ważne. Teraz jest to nieistotne. Zajrzałem do lodówki, była praktycznie pusta, paczka żelków, dzień do terminie. Co tu robią żelki? Nie pamiętam, może wziąłem je przy okazji jak byłem w sklepie. Dwa jajka, jakaś szynka... resztki masła. Jak wszędzie i tu pełno było alkoholu. Zdałem sobie sprawę, że jestem głodny, jednak ja zjem później. Szybko uwinąłem się z jajecznicą dla ojca i zrobiłem mu kawę. Tą którą pił jeszcze gdy Margaret żyła. Była droga dlatego przestał ją kupować, jednak ja postanowiłem wydać trochę moich oszczędności. Nie wiem, czy to go zaboli... jestem tylko człowiekiem, popełniam błędy, chce tylko sprawić komuś radość. Wziąłem, żelki i zabrałem z apteczki małe podręczne pudełko, zaopatrzone w opatrunki i środki do dezynfekowania ran. Było to pudełko matki które zawsze ze sobą nosiła. Tylko to mi po niej zostało oprócz gasnących wspomnień. Może w końcu się przyda. W korytarzu spakowałem te rzeczy do małego, zakurzonego plecaka i ruszyłem w stronę jaskini alfy.
   Gdy znalazłem się na miejscu, usiadłem na okrągłym kamieniu, rozprostowując nogi i przeciągając się leniwie. Promienie słońca padały na mnie, a ciepło rozpływało się po moim ciele. Wdałem z siebie pomruk zadowolenia, chodź nic takiego nie czułem, jednak może czułem ale nie dopuszczałem do siebie tego faktu?
   - Nawet sam na sam udajesz? - dobiegł mnie melodyjny głos Yui, spojrzałem w prawo gdzie stała dziewczyna. Nie wiedziałem co mówi wyraz jej twarzy. Rozbawiła ją moja postawa czy też jest zła? - A może tak naprawdę czujesz co? Tylko udajesz...
   - Nie, nic nie czuje - szybko stwierdziłem przerywając jej wypowiedź - jestem już tak wprawiony w moich oszustwach, że zapominam grać nawet gdy nie mam przed kim. Chodź istnieje teoria, że moje ciało nadal czuje tylko ja nie dopuszczam tego do świadomości - powiedziałem i przesunąłem się w bok zostawiając dziewczynie miejsce by również spoczęła. Po chwili ciszy usiadła.
   - Ja chciałam się zapytać... - widać, że walczyła ze sobą. Być może rozdarta była nad tym czy powinna zadać mi to pytanie.
   - Nie musisz mieć oporów, nie urazisz mnie przecież nie poczuje się dotknięty czy zawstydzony - uśmiechnąłem się mimowolnie.
   - Właściwe... zawsze nic nie czułeś? - zapytała wbijając spojrzenie w głąb lasu. Podążyłem jej śladami obserwując życie, szumiącego lasu.
   - Nie, nie od zawsze. Po śmierci mojej siostry, mój świat zaczął się powoli walić. Ból po jej utracie nie ustępował a z żadnej strony nie mogłem dostrzec wsparcia. Można by to porównać z rozbitkiem na statku. Dwójka dorosłych kłuci się w szalupie obarczając się nawzajem winą, a ja tonę. Nie widoczny. Im więcej krzyczałem, tym bardziej tłumili moje krzyki. Więc przestałem się odzywać. Dusiłem w sobie emocje, aż pewnego dnia obudziłem się i poczułem pustkę. Próbowałem robić wszystko, nic jednak nie działało. Znalazłem pomoc u jakiejś miłej terapeutki. Udałem się więc na terapię, żadne z rodziców nie chciało się udać tam ze mną... przeżywali swój własny horror. Im dłużej tam chodziłem, tym bardziej traciłem nadzieje na to by odzyskać możliwość odczuwania. Więc zacząłem kłamać, że jest dobrze. Nagle wszystko stało się łatwiejsze. Brak zbędnego tłumaczenia, inni nie musieli przejmować się  moim samopoczuciem. Często widziałem jak matka patrzyła na mnie z odrazą kiedy uśmiechałem się do niej. Jeszcze gdy była. Wszystko zrobiło obrót o sto osiemdziesiąt stopni, pogubiłem się. Ta... wiem to nie jest zbyt ciekawe. Spojrzałem w jej stronę. Po jej policzkach spłynęło parę łez. Zaciskała mocno pięści, chyba była zła. Westchnąłem i zrzuciłem plecak z ramion, otworzyłem go i wyciągnąłem pudełko z opatrunkami i paczkę żelków którą podałem dziewczynie. - Mam nadzieje, że nie będzie ci przeszkadzać to, że za pewne są twarde jak kamienie. - Wytarła szybko oczy i spojrzała na mnie zdziwiona. - Jak noga? Boli nadal? Mogę zmienić ci opatrunek?

Juliett?

niedziela, 16 kwietnia 2017

Od Juliett Cd Rei

Brak komentarzy:
Poczułam ucisk w sercu gdy zobaczyłam, jak Rei wyciąga z dłoni  śpiącego, najprawdopodobniej totalnie spitego ojca opróżnioną butelkę wina. Odczuwałam na przemian uczucie współczucia, smutku i ogromnej wściekłości, ale nie mogłam pozwolić, by choć jedna łza opuściła moje oczy. Nie teraz, nie przy człowieku, który nie odczuwał ŻADNYCH emocji. Nie można było zaprzeczyć, że byłam wyjątkowo emocjonalna i ciężko było tuszować mi wszelkie emocje. Zamknęłam oczy i ku mojemu zdziwieniu jedna, malutka łza stoczyła się po moim policzku.
- płaczesz? - usłyszałam głos chłopaka.
- nie. - syknęłam zaciskając dłonie w pięści.
Byłam wdzięczna Reimenth'owi, że nie zadawał mi więcej pytań i po prostu zajął się opatrywaniem mojej rany.
- dzięki. - szepnęłam, gdy już skończył. - nie musisz udawać. - dodałam szybko.
- czego udawać?
- tego, że czujesz cokolwiek. Bo nie czujesz. Przy mnie nie musisz już udawać.
Ten w odpowiedzi jedynie kiwnął głową.
Gwałtownym ruchem zerwałam się z krzesła, zmierzając prosto w kierunku wyjścia.
Szarpnęłam za drzwi i czym prędzej opuściłam teren domu chłopaka. Nim sięzorientowałam, ten stał już obok mnie.
- płaczesz.
Tym razem stwierdzenie. Cholera, muszę być takim dziwolągiem?
Wypowiedź Rei'a jeszcze bardziej mnie zdenerwowała. Czułam, jak po policzkach bez trudu spływają łzy, a ja za nic nie potrafiłam ich powstrzymać. Przecież nie tak reaguję na podobne sytuacje. Nie tak. Wszystko jest nie tak.
Muszę się natychmiast uspokoić.
Już po chwili w moich uszach zabrzmiała znana mi melodia, jedna z moich ulubionych piosenek. Zamknęłam oczy, oddychając głęboko i totalnie ignorując stojącego obok chłopaka.
- tak, płaczę. - odparłam ściszonym tonem głosu nie uchylając powiek.
- dlaczego?
- bo jestem cholernie słaba i w taki sposób mogę odreagować. Często płaczę, ale robię to w samotności. Wiesz... takie problemy ludzi odczuwających emocje zbyt mocno. - odważyłam się spojrzeć w jego puste, zimne oczy, jednak zaraz przeszył mnie dreszcz. Moja wrażliwość doprowadzała mnie do szału wiele razy, tym razem nie było inaczej.
Nagle muzyka w moich uszach ucichła, a mnie zakręciło się w głowie.
Na pewno pomyślał sobie, że jestem wariatką. Miał rację.
- przepraszam. - dodałam po dłuższej chwili irytującej ciszy.
- za co?
- za moje zachowanie. - palnęłam prosto z mostu, jak to miałam w zwyczaju.
- yhym. - jedynie mruknął w odpowiedzi.
Tak bardzo ciekawiła mnie jego historia... nie mógł być bezuczuciowym od zawsze. Nie poznać smutku, radości czy też miłości. Nie wierzyłam w to.
Nim się obejrzałam, z powrotem byliśmy na terenach SLK.
Oprócz tego dostrzegłam, że robi się coraz ciemniej, a temperatura zaczyna spadać.
- jeszcze raz dziękuję, do zobaczenia - powiedziałam i zmusiłam się do lekkiego uśmiechu, po czym zniknęłam w swojej jaskini już jako wilk.

Rei? Ja miałabym się pogniewać? Przestań... ;p

Od Reimentha CD Juliett

Brak komentarzy:
   Można by powiedzieć, że jesteśmy w kropce. Byliśmy w gorszym położeniu, jednak to w tej chwili nieistotna sprawą. Jak dla mnie, mogłem bym i zostać zjedzony. Co za różnica. Spojrzałem na Juliett, usilnie próbowała użyć mocy jednak czas naglił, a ja nie mogę pozwolić by komukolwiek w moim otoczeniu stała się krzywda. Nie znowu.
   - Odciągnę go a ty uciekaj - powiedziałem i zacząłem schodzić z drzewa. Byłem głuchy na słowa sprzeciwu. Dobre trzy metry nad ziemią, zeskoczyłem z gałęzi, a w powietrzu zmieniłem się w wilka. Upadłem na cztery łapy, które w momencie zetknięcia się z ziemią, przeszył gwałtowny i dotkliwy ból. Nie musiałem się oglądać by wiedzieć, że niedźwiedź ruszył za mną tocząc pianę z pyska. Ruszyłem pędem przed siebie. Nie za bardzo wiedziałem co robić w biegu omijałem slalomem drzewa które barwiły się na różne kolory. Myślałem, że zdezorientuje tym napastnika, jednak moje nadzieje były zgubne. Nagle, do moich oczu dobiegł błysk. Woda... Jezioro. Wciągnąłem powietrze a moje nozdrza wypełniła woń wilgoci, zwierząt wodnych i wodno-lądowych, mokry mech. Gdzieś niedaleko był zbiornik wody. Skręciłem szybko na ścieżkę nowego, przyjemnego zapachu. Łapy bolały, mięśnie i płuca. Dawno nie biegałem, przynajmniej nie tak szybko i nie tak daleko. Co ja właściwe robiłem ostatnio? To samo co zawsze. Udawałem, że jeszcze żyje. W końcu wpadłem do wody. Niedźwiedź za mną. Woda chłonęła ciepło z mojego rozgrzanego ciała. Niedźwiedź chciał popędzić za mną jednak coś go powstrzymywało. Z wody wyłoniły się trzy ogromne wodne macki. Tak, nie wyszedłem z wprawy. Chodź byłem już wycieńczony, zanurzałem niedźwiedzia pod taflę wody, a gdy ten wracał na powierzchnie, ponownie zatapiałem go. Jak papierowy statek. W końcu go puściłem, przerażony uciekł w głąb lasu. Myślałem chwilę jeszcze, czy nie rzucić się w odmęty, chłodnej wody. Jednak gdy zobaczyłem przestraszoną waderę na brzegu jeziora, wyczłapałem się z wody, czując znaczne osłabienie.
   - Co ty sobie myślisz!? - zaczęła na mnie krzyczeć. Zmierzyła mnie wzrokiem i wyszczerzyła kły. - Mogłeś zginąć! Przecież powiedziałam, że nas przeniosę!
   - W tym czasie niedźwiedź mógł już nas dawno zaatakować. Wtedy nie zrobiłbym już nic. Tak przynajmniej ty zostałaś bezpieczna - powiedziałem - alfa powinna żyć.
   - Ale nie możesz tak narażać swojego życia! - zaprotestowała.
   - Nawet jeśli bym zginął, cóż to za różnica? Przecież i tak jestem już martwy w środku. Kolejna śmierć nie zrobiła by mi różnicy.
   - J-jak to... - zająknęła się i nagle złagodniała, spojrzała na mnie zaniepokojona.
   - Nic nie czuje. Nie odczuwam emocji - wyznałem, ciszej a mój głos jakby zaczął się łamać.
   - Nie wiedziałam... - mruknęła odwracając wzrok.
   - Nie tylko ty. Jednak mam nadzieje, że niewiedza reszty pozostanie nadal taka sama. Proszę, nie mów innym dobra? - zapytałem. Skinęła tylko i ruszyliśmy bez słowa w drogę powrotną.
   Gdy byliśmy z powrotem pod tym samym drzewem pod którym się spotkaliśmy, parę godzin temu, zobaczyłem, że Yui kuleje.
   - Coś sobie zrobiłaś? - wskazałem na jej tylną, lewą łapę.
   - Nie, nic mi nie jest - odpowiedziała.
   - Tak? To przemień się w człowieka - spojrzałem na nią, odszedłem kawałek i po chwili stałem już na dwóch nogach, z skrzyżowanymi rękoma na piersi. Wahała się chwilę ale w końcu zrobiła krok o przodu i na powrót przybrała postać człowieka.
    - I co ci to dało? - zapytała, marszcząc brwi.
    - Podejdź do mnie proszę - wyciągnąłem w jej stronę rękę. Zrobiła krok, syknęła z bólu i złapała za moją dłoń. Zaprowadziłem ją i poprosiłem by usiadła na kamieniu.
    - To na pewno drobne otarcie - powiedziała. Zacząłem ją namawiać, aż w końcu zgodziła się na odsłonięcie kostki. Widać było, że rana była poważna, nie aż tak poważna by iść do szpitala, ale również nie do zignorowania.
    - No, też mi drobne otarcie. Chodź, niedaleko jest mój dom. Opatrzę ci kostkę i odprowadzę do domu, dobra?
    - Nie wiem czy mogę ci zaufać - powiedziała. Westchnąłem. Wcale nie zdziwiło mnie to. Właściwie nawet nie miało jak.
    - Nie ujdziesz, za daleko z tą kostką. - powiedziałem patrząc w jej oczy. W końcu o dziwo się zgodziła.
   Pomogłem jej dojść do mojego domu i zaprosiłem do środka. Samochód ojca stał na podjeździe. Chyba dostał trochę wolnego. Usadziłem ją na krześle w kuchni po czym sprzątnąłem szybko walające się po pomieszczeniu butelki po różnych trunkach.
   - Wybacz nie, wiedziałem, że będę miał gości. - powiedziałem i automatycznie uśmiechnąłem się ciepło. kuchnia była połączona z przedpokojem, w którym były uchylone drzwi do pokoju ojca. Westchnąłem cicho. - poczekaj tu na mnie proszę.
Poszedłem do jego pokoju. Spał na łóżku, ręka zwisała bezwładnie z łóżka, w dłoni jak zawsze miał butelkę, tym razem wina. Przykryłem go i zabrałem butelkę. Gdy się odwróciłem zobaczyłem ciekawe spojrzenie Yui. Zapomniałem, że zostawiłem otworzone na oścież drzwi. Wychodząc, zamknąłem je, odstawiłem butelkę na blat i zdjąłem z szafki apteczkę.

Juliett? Przepraszam brak pomysłu. Mam nadzieje, ze nie będziesz zła bardzo.

sobota, 15 kwietnia 2017

Wielkanoc!

2 komentarze:
Z okazji Świąt Wielkanocnych pragnę złożyć wszystkim członkom oraz czytelnikom bloga najserdeczniejsze Życzenia zdrowia, radości, miłości, szczęścia, smacznego jajka, mokrego poniedziałku, bogatego zająca oraz wszystkiego co najlepsze. :D

Juliett ♡

Od Reimenth'a CD Tamary

Brak komentarzy:
    Spojrzałem na nią delikatnie się uśmiechając.
   - Ojciec przeprowadził się tu, rok po tym gdy zostawiła nas matka. To doprawdy urokliwe miasteczko, cieszę się, że znów mogę cię zobaczyć - powiedziałem. Chciałbym się cieszyć, stary ja pewnie by się cieszył. Czemu to wszystko jest takie porąbane?
   - Twoi rodzice się rozwiedli? Ale jak to... Przecież, matka była tą która najwięcej otaczała cię opieką...  - powiedziała, ożywiona, ze zdziwieniem, szukając jakiejkolwiek reakcji na mojej twarzy, jednak widniał na niej tylko ciepły uśmiech. Tak jak zawsze. - Masz z nią kontakt?
   - Nie, nasze kontakty się zerwały... Nie widujemy się... Ona zasługuje na nowe życie, zasługuje na to po tym co przeszła - przyznałem spoglądając przed siebie, przypominając sobie ciepły uśmiech matki. Nastała chwila ciszy. Dobrze wiedziałem, że Tamara teraz poczuła się odrobinę niepewnie. Kiedyś byłem wściekły na rodziców, że bardziej zajmują się Margaret niż mną. Jednak od roku, męczy mnie myśl, że to wcale nie była choroba. ni wiedzieli o tym, że Margaret miała umrzeć. Tylko zapomnieli. Wilczęta urodzone podczas pełni posiadają wiele mocy, dość potężnych. Jednak nic za darmo... Dobrze wiem, że niektóre po prostu od razu umierają albo umierają dużo wcześniej niż powinny. Czy to była cena? Czy była sprawiedliwa? Nie miałem pojęcia, właściwie nie chciałem wiedzieć. Spojrzałem dyskretnie na Tamarę. Myślała nad czymś, analizując dogłębnie. Chodź nie za dużo widziałem w niewyraźnym świetle latarni, stwierdzić, mogłem szczerze, że była śliczna. Jej twarz wydoroślała, wypiękniała. Chciałbym się cieszyć. Znów mam kogoś znajomego... Jednak co to zmieni. Nadal będę sobą... Martwym jednak cały czas żywym.
   - Ale, co z tobą... czy ty nie zasługujesz na wsparcie? - zapytała spoglądając mi prosto w oczy.
   - Ja już właściwe nie zasługuje na nic... Jedynie na śmierć... - uśmiechnąłem się. Nagle coś zaszeleściło. Obróciłem szybko głowę w tamtym kierunku. Z pomiędzy krzewów, wyłonił się napastnik.. z nożem. Śmieszne. Tamara poderwała się szybko, ja jednak nie zwlekając wstałem wyczekując na ruch mężczyzny.
   - Oddawać pieniądze - powiedział groźnie. Przewróciłam jedynie oczyma. Czemu akurat gdy spotykam starą przyjaciółkę, coś przeszkadza. Nie mogło by znaleźć sobie inną okazję? Tamara, warknęła i chciała już coś odpowiedzi. Sięgnęła do kieszeni, jednak stanąłem przed nią.
   - Patrz na mnie - szepnąłem jednak na tyle głośno by facet usłyszał. Uniosłem dłoń i rozprostowałem. Przesunąłem, przed oczyma tak by zakryć je na chwilę. Zmieniłem ich kolor. Zrobiłem jeszcze tak parę razy, po czym przybrały czarny kolor. Wraz z białkami, włosy również poczerniały.
   - Co do diabła! - Krzyknął i odsunął się przestraszony, gdy ja zacząłem przysuwać się do niego. - Nie zbliżaj się potworze! - Zawołał. Ja w odpowiedzi szybko podbiegłem do niego. Byłem o wiele wyższy. Przewróciłem go, ten wspierając się łokciami, patrzył na mnie przerażony oczyma otoczonymi czernią kominiarki. Uśmiechnąłem się.
   - Kto tu jest potworem? - Zapytałem. Napastnik przerażony wyczołgał się z pod, mojej nachylonej sylwetki. Wyprostowałem się i przywróciłem do poprzedniego wyglądu. Odwróciłem się w stronę Tamary, która, zasłoniła usta ręką patrząc na moje ramię. Ja również spojrzałem ciekawie. Tkwił w nim nóż.

Tamara? Niecodzienna sytuacja co?

Od Hugo Cd Tamara

Brak komentarzy:
O, tak. Stanowczo przesadziłem dzisiaj z alkoholem. Ale kiedy ja nie przesadzam...?
Moja głowa pulsowała bólem, a powieki były ciężkie jak nigdy, tak bardzo, że nie mogłem ich uchylić.
W końcu po długich męczarniach udało mi się otworzyć oczy. Może po kolejnym kwadransie starczyło mi sił, by się podnieść.
Dopiero teraz mogłem rozejrzeć się, gdzie dokładnie jestem.
Pomieszczenie nie było zbyt duże, ale nie było też szczególnie małe. Ściany miały przyjemny, szarawy odcień, ja sam zaś siedziałem na kanapie obitej czarną skórą. Na stoliku obok leżało opakowanie aspiryny i szklanka wody. Hm... czyżby moja nowa znajoma sprowadziła mnie po pijaku do swojego domu, nie zostawiając mnie na pastwę losu?
Uśmiechnąłem się łobuzersko. Jeżeli moje przypuszczenia są słuszne, oznaczałoby to, że Tamara w tej chwili śpi smacznie za jednymi z drzwi. A jak się obudzi, na pewno będzie głodna.
Łyknąłem na raz dwie tabletki, wypiłem całą zawartość szklanki po czym przystąpiłem do poszukiwania kuchni. Nie dało się ukryć, można się było tutaj zgubić. Trochę się pomęczyłem, ale koniec końców dotarłem do celu.
Otworzyłem lodówkę i dokładnie przejrzałem jej zawartość, po czym zdecydowałem się zrobić naleśniki.
Gdy akurat kończyłem, do pomieszczenia weszła zdziwiona dziewczyna. Miała na sobie piżamę, a jej włosy rozczochrane były na wszystkie strony.
- Siadaj - posłałem jej przyjacielski uśmiech.
Ta wciąż zdziwiona powolnym krokiem skierowała się do stołu i usiadła na jednym z krzeseł.
- Smacznego. - postawiłem przed nią talerz z parującymi jeszcze naleśnikami.
- Co...
- Nie musisz dziękować - na moich ustach zagościł niewinny uśmieszek.
- A ty?
- Już jadłem.
Tamara przez chwilę lustrowała mnie spojrzeniem tak, jakby chciała wydrapać mi oczy, jednak wszystko wskazywało na to, że z rana nie lubiła się wysilać, gdyż nic takiego nie nastąpiło.
A ja mimo wszystko ze stoickim spokojem delikatnie się uśmiechałem, czekając, aż ta przestanie się na mnie złościć.
- No wiesz, przyjęłaś mnie na noc do domu, to wypadało się jakoś odwdzięczyć.
- Tak, dzięki. - odparła cicho i nareszcie zaczęła jeść.

Tamara? Mam nadzieję, że naleśniki Hugo smakują...? XDD

Od Juliett Cd Rei

Brak komentarzy:
Basior nagle spoważniał, a jedyne, co się nie zmieniło, to wyraz jego jakby pustego spojrzenia, który teraz wydawał się pogłębić jeszcze bardziej.
- Powiedz to mojej siostrze. - dodał nieco ściszonym tonem głosu.
Nie musiałam czytać Reimenth'owi w myślach, by wyczuć, że coś się stało. Coś strasznego i rozpaczliwego, co całkiem go odmieniło. Odmieniło jego życie, a to miało już nigdy nie być takie, jak kiedyś.
Nie zamierzałam jednak o nic pytać, nie zamierzałam również wniknąć w myśli i wspomnienia mojego towarzysza. Jego puste spojrzenie za każdym razem mnie powstrzymywało, pojawiała się stworzona przez siebie samą blokada która sprawiała, że wycofywałam się w ostatnim momencie, gdy byłam już tak blisko.
Nastała głucha cisza.
- Ciesz się, że cię nie poparzyłam. - wypaliłam nagle, sama zdziwiona tonem swojego głosu.
- Istniała taka możliwość? - uniósł brew, jednak jego twarz wciąż pozostawała bez wyrazu.
- W gruncie rzeczy tak. Gdy coś bardzo mnie zaskoczy, moja sierść może zacząć się palić z tą różnicą, że ogień jest barwy niebiesko - fioletowej. Oczywiście nie oznacza to, że jest mniej parzący czy niebezpieczny. - odparłam ciesząc się, że napatoczył się jakiś temat.
Jeden, ledwie słyszalny odgłos łamanej gałęzi sprawił, że cała zesztywniałam. Rozejrzałam się dynamicznie, starając się zobaczyć cokolwiek wśród otaczających nas drzew i krzaków.
- Em... Yui...? - Rei szturchnął mnie w bok. 
Ostrożnie odwróciłam się do tyłu i, w ułamku sekundy odjęło mi mowę.
Niecały metr od nas stał wielki niedźwiedź. Głodny, szczerzący w naszym kierunku swoje wielkie kły.
- Spadamy - szepnęłam i pociągnęłam swojego towarzysza do ucieczki.
Biegliśmy szaleńczym pędem, uciekając przed rozwścieczonym miśkiem. Cholera, nie chcę tak skończyć, a w takiej sytuacji nie mogłam skoncentrować się na tyle, by nas gdzieś teleportować.
- Zamieńmy się w ludzi - wysapałam, widząc przed sobą znajome drzewa.
- Tak w biegu? - spojrzał na mnie jak na idiotkę. 
Dobra. Trzy... dwa... jeden...
odbiłam się od ziemi, w powietrzu przemieniając się w człowieka. Gdy lądowałam, już na dwóch nogach, omal się nie przewróciłam. Cudem jednak udało mi się utrzymać równowagę. 
Już po chwili basior poszedł w moje ślady.
- Na drzewo - wydusiłam wskazując na nasz cel.
Gdy dobiegliśmy na miejsce, Rei przepuścił mnie pierwszą. Zwinnie wdrapałam się na górę, a chłopak był zaraz za mną.
- I co dalej, genialna alfo? Misiek powali drzewo i nas zje?
- Nie, teleportuję nas. Muszę tylko uspokoić puls i oddech. - odparłam, niezrażona uwagą mego towarzysza.
- A... ile ci to zajmie? Bo jeżeli wzrok mnie nie myli, to niedźwiadek właśnie stanął pod drzewem.
Nim zdążyłam odpowiedzieć, drzewo mocno zakołysało się. 
- Dobra. Daj mi chwilę. - wyszeptałam zamykając oczy. 
Wdech, wydech, wdech, wydech...
Nieumyślnie pomyślałam o zimnie, ale nie tam mamy się teleportować.
Drzewo zakołysało się ze zdwojoną siłą, gałąź wyślizgnęła mi się z rąk i poczułam, jak spadam.

Rei?

Od Will'a

Brak komentarzy:
- O 20:00 w tym barze, który mi polecałeś? 
- Jasne ;) Już nie mogę się doczekać. 
- Ja również. To do później
- Trzymaj się

Odłożyłem telefon na bok i westchnąłem. Z tajemniczą dziewczyną dyskutowałem zaledwie od czterech dni. To ona zaproponowała spotkanie. Ja jako osoba dość nieśmiała cieszyłem się z takiego obrotu spraw, a jednocześnie bałem się, że nic z tego nie będzie.
Owszem. Lubiłem się wydurniać, a buzia wręcz mi się nie zamykała przy kumplach ale.... No właśnie. To byli moi przyjaciele. A dziewczyna, o której mowa w gruncie rzeczy była obcą osobą. Nagle ogarnęły mnie wątpliwości. A co jeśli to nie jest dziewczyna?
Wymierzyłem sobie dłonią w policzek by odgonić irytujące myśli. Oczywiście, że to dziewczyna. I napewno bardzo ładna. Nie żebym od razu chciał podrywać, tak tylko mówię.
Wstałem z łóżka i podszedłem do lustra. Strój niby nie był zły ale mimo wszystko wolałem zamienić białą koszulkę na koszulę w czarno-niebieską kratkę. Czarne dżinsy postanowiłem zostawić. Uśmiechnąłem się zadowolony z efektu. Mój wzrok padł teraz na włosy. Bądź co bądź były one dłuższe niż u większości chłopaków ale nie przeszkadzały mi jakoś specjalnie więc zostawiem je rozpuszczone.

20:05

Zająłem miejsce przy barze by mieć lepszy widok na cały lokal. Nie miałem pojęcia czy nieznajoma już tu jest czy może się spóźni ale chciałem poznać ją jak najszybciej.
- O! Cześć kochanie! -wysoki głos jakiejś kobiety skierowany prosto do mojego ucha wywołał lekkie drżenie.
Odwróciłem się a wtedy nieznajoma blondynka usiadła mi na kolanach zarzucając ręce na szyję.
- No co? Nie poznajesz mnie? -ćwierkała dalej po czym roześmiała się odurzając mnie wonią alkoholu.
Ktoś tu mocno przesadził z piciem.
A najgorsze było, że siedziała na moich kolanach i ani śniło jej się by z nich zejść. Rozejrzałem się w popłochu szukając pomocy. Nie przepadałem za bliskim kontaktem z ludźmi, wręcz ich unikałem. Nie mogłem jednak zrzucić tej blondynki tak po prostu na ziemię.
- Ch-chyba mnie z kimś pomyliłaś... -wytłumaczyłem jąkając się przy tym lekko.
- Oh, nie wygłupiaj się tygrysie -zachichotała- Nie musisz udawać -kurczowo złapała się mojego ramienia gdyż omal nie straciła równowagi.
"Proszę, niech ktoś ją zabierze" -zacząłem się modlić w myślach.
Nikt się oczywiście nie zjawił ale za to niedługo potem nadarzyła się okazja by pozbyć się nieznajomej z kolan.
- Choć! Zatańczymy! -pisnęła i chwiejnym krokiem zsunęła się na nogi.
Złapała mnie za nadgarstek i ruszyła przed siebie. Ja jednak pozostawałem przyklejony do swojego krzesła i za nic nie chciałem iść z nią tańczyć. Nie chciałem z nią NIGDZIE iść.
- Nie dzięki. Czekam tu na kogoś -odparłem i wyrwałem rękę z uścisku.
Dziewczyna sprawiała wrażenie oburzonej moją odmową. Wykrzywiła usta i zmierzyła mnie wzrokiem.
- Pewnie na swojego chłopaka, co? -prychnęła- Nie widzisz kogo masz przed sobą? -przyjęła pozę modelki.
- A nie widzisz, że on nie jest zainteresowany? Spieprzaj pusta lalo -stanowczy głos mojego wybawiciela poskutkował.
Dziewczyna parsknęła po czym odwróciła się i odeszła. Uśmiechnąłem się czując ulgę. Potem skierowałem wzrok w stronę nieznajomej mi osoby, która uratowała mnie od natrętnej blondynki.

Ktosiu?

Od Reimentha CD Juliett

Brak komentarzy:
   Po mimo iż widziałem jedynie na pięćdziesiąt metrów przed siebie bo reszta - im dalej - tym bardziej była rozmazana i niewyraźna.
jedna jaskinia wyglądała na niewielką z wąskim, jednak nie do przesady, wejściem. Rosły przy niej białe kwiatki, przypominające rumianek, jednak były o wiele większe. Były to srebrzyste margaretki - ulubione kwiaty mojej matki.
   - Ta wygląda nieźle - stwierdziłem, wskazując na jaskinie po prawo. Uśmiechnąłem się delikatnie a wilczyca uspokoiła się odrobinę, nadal niepewna. To bardzo miłe z jej strony, że zaproponowała mi dołączenie do swojej watahy, chodź pewnie gdyby wiedziała czym jestem, nawet kijem by mnie nie dotknęła. Gdybym mógł czuć cokolwiek, pewnie poczułbym się głupio, że nie wyjaśniłem jej całej prawdy. Zaczęły mnie nękać jednak, wyrzuty sumienia. Sumienie jeszcze posiadałem, chodź i chyba ono niedługo przestanie się odzywać. Wadera była do prawdy ładna, fioletowe futro, otaczające jej poliki, falowało delikatne pod wpływem wiatru tańczącego w jej sierści.
    - Dobrze, chodźmy dalej - powiedziała i pognała przodem, a ja ruszyłem za nią. Zachwycony otaczającymi mnie widokami, dałem odpocząć oczom. Kierowałem się pozostałymi, wyostrzonymi zmysłami za alfą. Jedna, po pewnym czasie, zbiegając po zalesionym zboczu, przewróciłem się i przeturlałem na sam dół, przy okazji przewracając i porywając w wir koziołkowania samą alfę która przestraszona pisnęła cicho. Gdy przeturlaliśmy się na sam dół, wstałem jako pierwszy i na chwiejąc się podszedłem do Yui, chciała wstać sama ale jej pomogłem. Spojrzała na mnie z ukosa i odeszła na bezpieczną odległość. Uśmiechnąłem się nie pewnie.
   - Wiesz... mogłaś użyć jakiś swoich super mocy by uciec z tej pralki... - Użyłem dziwnego porównania, jednak trafnego. Nie byłem zdenerwowany, jak mogłem być, kiedy nie potrafiłem poczuć nawet radości. Ta pustka rozdzierała mnie od środka od paru lat, jednak to nie bolało... było zwyczajne jak delikatny dotyk skóry.
   - Wiesz trudno użyć jednego z darów kiedy jest się nagle zaskoczonym i podciętym z wielkim pędem - powiedziała. Znieruchomiałem i wlepiłem swój wzrok w waderę. Cóż było z nią nie tak? Mówiła tak trafnie. A więc prawda i tak chciała wypłynąć na wierzch tak? Pokazać okropną prawdę o mnie. Zaśmiałem się, a Juliett spojrzała na mnie niepewnie, cofając się.
   - Dary? - zaśmiałem się głośniej, jednak po chwili nagle spoważniałem. Nabierając wyrazu wilka bez uczuć. Martwego od środka. To było bardzo łatwo ujrzeć. - Powiedz to mojej siostrze.

Juliett? Przepraszam, że tak długo, brak weny.

Od Juliett Cd Zack

Brak komentarzy:
Cholera, zaraz się spóźnię.
Klnąc pod nosem wybiegłam z łazienki owinięta jedynie ręcznikiem. Były takie okresy w ciągu roku, podczas których musiałam przenieść się na tydzień, dwa do mojego mieszkania w centrum pobliskiego miasta. 
Szarpnęłam za drzwi szafy i zaczęłam gorączkowo przerzucać ubrania. W końcu zdecydowałam się na typowo rockowy strój, czyli długą, luźną, czarną bluzkę na ramiączkach z nadrukami, czarne, wytarte rurki z dziurami oraz wysokie buty z ćwiekami na słupku. Na szyję założyłam liczne naszyjniki, a niejeden z nich zdobiły zrobione z kostek do gitary wisiorki. Rozczesałam wysuszone przed chwilą włosy i jako tako je ułożyłam, do tego zrobiłam nieco mocniejszy niż zazwyczaj makijaż. Już wciągałam na ramiona skórzaną kurtkę, gdy uświadomiłam sobie, że zapomniałam o najważniejszym. Pokrowiec z gitarą czekał w kącie pokoju i wpatrywał się we mnie z wyrzutem.
Szybkim, gwałtownym ruchem chwyciłam za instrument i zarzuciłam go sobie na ramię. Wymaszerowałam z mieszkania, nie zapominając zamknąć drzwi na klucz. Dwa razy, dla pewności.
I tak oto nadszedł czas na szaleńczy bieg przez uliczki miasta, byle do najbliższego przystanku autobusowego z dość ciężkim bagażem na plecach. Ech, w końcu będzie trzeba zrobić porządek z tymi zbędnymi tekstami i śmieciami zalegającymi w kieszeniach pokrowca.
Dosłownie w ostatniej chwili wybiegłam zza rogu kamienicy, bo autobus akurat zajechał na przystanek. Doskoczyłam do wejścia i drżącymi dłońmi podałam kierowcy pieniądze za przejazd na drogi koniec miasta. Bardzo chętnie przeniosłabym się do innego mieszkania, bliżej studia, lecz niestety zbyt mocno przywiązałam się do tego miejsca, a i studio zmieniło swoją lokalizację na przestrzeni ostatnich dwóch lat, kiedy będąc jeszcze dzieckiem grywałam razem z moim "zespołem". Jak się okazało, z biegiem czasu ta zabawa zamieniła się w prawdziwy zespół pełny utalentowanych artystów, powoli wychylający się do prawdziwego muzycznego świata, pełnego pieniędzy i sławy.
Zajęłam miejsce pod oknem, sadzając obok siebie gitarę. Ten mały gest przywołał wspomnienia jeszcze za czasów podstawówki, kiedy to w 5 klasie wszyscy moi starsi koledzy śmiali się, że moja gitara jest ich dziewczyną. Co z tego, że płaska jak deska?
Uśmiech wbrew woli zagościł na moich ustach. Minęło już trochę czasu od tamtych wydarzeń, a te zawsze mnie uszczęśliwiały.
Nagle kierowca gwałtownie zahamował, przez co uderzyłam o siedzenie przed. Na moje nieszczęście trafiłam na jakąś ostrzejszą jego część, która rozcięła kącik moich warg. Syknęłam z bólu i palcami dotknęłam owego miejsca. Z niesmakiem stwierdziłam, że z malutkiej rany wycieka krew.
Bluźniąc pod nosem obiecałam sobie, że jeszcze jeden taki numer kochany kierowca wywinie, i pójdę na niego na skargę. Albo na policję, byleby nie siedział za kierownicą. Już nigdy.
Gdy tylko pojazd zatrzymał się na przystanku, jak z procy wystrzeliłam z mojego miejsca i jak najprędzej opuściłam autobus, warcząc ze złością "Do widzenia". Usiłując się uspokoić, zatrzymałam się na chodniku i wzięłam kilka głębokich oddechów. Czasem na prawdę łatwo było wytrącić mnie z równowagi, zwłaszcza, gdy byłam spóźniona.
Pchnęłam drzwi studia, wchodząc do środka. Weszłam na drugie piętro, po czym zwinnym, szybkim krokiem skierowałam się do sali zarezerwowanej przez nasz zespół. Nagle z przejścia którego dotąd nie zauważyłam wyszła jakaś postać. Nie zdążyłam wyhamować, przez co z impetem wpadłam na obcego przechodnia.
- Cholera, przepraszam. - bąknęłam cicho. Wtedy do moich uszu dotarł odgłos uderzenia. Podskoczyłam, rozglądając się na boki. Wcześniej oparta o ścianę gitara teraz płasko leżała na ziemi.


Zack? ^.^

Od Zack'a do Raven

Brak komentarzy:
Otworzyłem oczy, ale w pokoju także panowała ciemność a światło jakie w nim było, dawała lampa uliczna. Spojrzałem na zegarek stojący na parapecie. Było już po 22:00, ale to nie przeszkadzało mi by pójść trochę pobiegać lub też poćwiczyć parkur. Przebrnąłem przez morze ciuchów na podłodze, do szafy. Przebrałem się odpowiednio i wyszedłem z domu, nie informując o tym nikogo - nie miałem nawet kogo. Wybiegłem z klatki schodowej na ulicę o mało nie przewracając jakiegoś pijaczyny, który nieszczęśliwym trafem stał właśnie na mojej drodze. Zwinnie go ominąłem i widać było, jak na mnie krzyczy. Ja jednak go nie słyszałem. Słuchawki na uszach, z których leciała głośna muzyka, wyraźnie wszystko zagłuszała. Może i nawet lepiej, znając mnie słysząc jego bluzgi na mój temat, pewnie bym się z nim pobił, a tego nie chcę.
W rezultacie biegłem z parkurem. Byłem pod wrażeniem jak ćwiczenia fizyczne, przy których tak się człowiek męczy, przy tym narażając swoje zdrowie - może się wyciszyć. Nie myślałem praktycznie o niczym. Biegłem, skakałem, turlałem się i wykorzystywałem każdą okazję i przeszkodę, by utrudnić swoje zadanie. Teraz jedynymi uczuciami było, nienaturalnie szybko bijące serce, które chciało wyskoczyć z mojej klatki piersiowej. Zimne, wdychane powietrze drażniło moje gardło, powodując niebywały ból. Za każdym razem kiedy źle zamortyzowałem upadek, czułem nadwyrężenie stawów, co powodowało, że uczyłem się na swoich własnych błędach. Nie chciałem bym zrobił sobie coś z własnego nie pomyślunku czy też głupoty.
Postanowiłem zmienić kierunek, po czym ruszyłem w stronę parku. Chciałem by moje stawy odrobinę odpoczęły a park to idealne miejsce, ponieważ będę biegł raczej po naturalnej, miękkiej nawierzchni. Poczułem znaczną różnicę w jakości powietrza. To w parku, było wyraźnie zdrowsze a wiele drzew i roślin robiło swoje. Niestety, moja wada wzroki też robiła swoje. Uważałem gdzie biegnę dużo bardziej, ze względu na słabe oświetlenie jakie panowało w parku. Bo światło dawał księżyc i sporadyczna lampa, która i tak czasami nie działała. Wybiegłem za zakrętu i poczułem silne uderzenie, które odrzuciło mnie do tyłu. Szybko wstałem i otrzepałem się z pyłu. Dopiero po chwili dostrzegłem na co, lub kogo wpadłem. Przede mną leżała na ziemi jeszcze lekko oszołomiona dziewczyna. Podałem jej ''pomocną dłoń''.
 - Przepraszam - powiedziałem, bardziej z grzeczności niż z tego, że było mi jej szkoda. Chwyciła moją dłoń i pomogłem jej wstać. Okazała się być całkiem ładną blondynką.
 - Nazywam się Zack i jeszcze raz bardzo cię przepraszam - powtórzyłem się i tym razem podałem jej dłoń by się przedstawić.

Raven? Przepraszam, że takie krótkie, ale mama mnie poganiała ;p
© Agata | WS
x x x x x x x.