Można by powiedzieć, że jesteśmy w kropce. Byliśmy w gorszym położeniu, jednak to w tej chwili nieistotna sprawą. Jak dla mnie, mogłem bym i zostać zjedzony. Co za różnica. Spojrzałem na Juliett, usilnie próbowała użyć mocy jednak czas naglił, a ja nie mogę pozwolić by komukolwiek w moim otoczeniu stała się krzywda. Nie znowu.
- Odciągnę go a ty uciekaj - powiedziałem i zacząłem schodzić z drzewa. Byłem głuchy na słowa sprzeciwu. Dobre trzy metry nad ziemią, zeskoczyłem z gałęzi, a w powietrzu zmieniłem się w wilka. Upadłem na cztery łapy, które w momencie zetknięcia się z ziemią, przeszył gwałtowny i dotkliwy ból. Nie musiałem się oglądać by wiedzieć, że niedźwiedź ruszył za mną tocząc pianę z pyska. Ruszyłem pędem przed siebie. Nie za bardzo wiedziałem co robić w biegu omijałem slalomem drzewa które barwiły się na różne kolory. Myślałem, że zdezorientuje tym napastnika, jednak moje nadzieje były zgubne. Nagle, do moich oczu dobiegł błysk. Woda... Jezioro. Wciągnąłem powietrze a moje nozdrza wypełniła woń wilgoci, zwierząt wodnych i wodno-lądowych, mokry mech. Gdzieś niedaleko był zbiornik wody. Skręciłem szybko na ścieżkę nowego, przyjemnego zapachu. Łapy bolały, mięśnie i płuca. Dawno nie biegałem, przynajmniej nie tak szybko i nie tak daleko. Co ja właściwe robiłem ostatnio? To samo co zawsze. Udawałem, że jeszcze żyje. W końcu wpadłem do wody. Niedźwiedź za mną. Woda chłonęła ciepło z mojego rozgrzanego ciała. Niedźwiedź chciał popędzić za mną jednak coś go powstrzymywało. Z wody wyłoniły się trzy ogromne wodne macki. Tak, nie wyszedłem z wprawy. Chodź byłem już wycieńczony, zanurzałem niedźwiedzia pod taflę wody, a gdy ten wracał na powierzchnie, ponownie zatapiałem go. Jak papierowy statek. W końcu go puściłem, przerażony uciekł w głąb lasu. Myślałem chwilę jeszcze, czy nie rzucić się w odmęty, chłodnej wody. Jednak gdy zobaczyłem przestraszoną waderę na brzegu jeziora, wyczłapałem się z wody, czując znaczne osłabienie.
- Co ty sobie myślisz!? - zaczęła na mnie krzyczeć. Zmierzyła mnie wzrokiem i wyszczerzyła kły. - Mogłeś zginąć! Przecież powiedziałam, że nas przeniosę!
- W tym czasie niedźwiedź mógł już nas dawno zaatakować. Wtedy nie zrobiłbym już nic. Tak przynajmniej ty zostałaś bezpieczna - powiedziałem - alfa powinna żyć.
- Ale nie możesz tak narażać swojego życia! - zaprotestowała.
- Nawet jeśli bym zginął, cóż to za różnica? Przecież i tak jestem już martwy w środku. Kolejna śmierć nie zrobiła by mi różnicy.
- J-jak to... - zająknęła się i nagle złagodniała, spojrzała na mnie zaniepokojona.
- Nic nie czuje. Nie odczuwam emocji - wyznałem, ciszej a mój głos jakby zaczął się łamać.
- Nie wiedziałam... - mruknęła odwracając wzrok.
- Nie tylko ty. Jednak mam nadzieje, że niewiedza reszty pozostanie nadal taka sama. Proszę, nie mów innym dobra? - zapytałem. Skinęła tylko i ruszyliśmy bez słowa w drogę powrotną.
Gdy byliśmy z powrotem pod tym samym drzewem pod którym się spotkaliśmy, parę godzin temu, zobaczyłem, że Yui kuleje.
- Coś sobie zrobiłaś? - wskazałem na jej tylną, lewą łapę.
- Nie, nic mi nie jest - odpowiedziała.
- Tak? To przemień się w człowieka - spojrzałem na nią, odszedłem kawałek i po chwili stałem już na dwóch nogach, z skrzyżowanymi rękoma na piersi. Wahała się chwilę ale w końcu zrobiła krok o przodu i na powrót przybrała postać człowieka.
- I co ci to dało? - zapytała, marszcząc brwi.
- Podejdź do mnie proszę - wyciągnąłem w jej stronę rękę. Zrobiła krok, syknęła z bólu i złapała za moją dłoń. Zaprowadziłem ją i poprosiłem by usiadła na kamieniu.
- To na pewno drobne otarcie - powiedziała. Zacząłem ją namawiać, aż w końcu zgodziła się na odsłonięcie kostki. Widać było, że rana była poważna, nie aż tak poważna by iść do szpitala, ale również nie do zignorowania.
- No, też mi drobne otarcie. Chodź, niedaleko jest mój dom. Opatrzę ci kostkę i odprowadzę do domu, dobra?
- Nie wiem czy mogę ci zaufać - powiedziała. Westchnąłem. Wcale nie zdziwiło mnie to. Właściwie nawet nie miało jak.
- Nie ujdziesz, za daleko z tą kostką. - powiedziałem patrząc w jej oczy. W końcu o dziwo się zgodziła.
Pomogłem jej dojść do mojego domu i zaprosiłem do środka. Samochód ojca stał na podjeździe. Chyba dostał trochę wolnego. Usadziłem ją na krześle w kuchni po czym sprzątnąłem szybko walające się po pomieszczeniu butelki po różnych trunkach.
- Wybacz nie, wiedziałem, że będę miał gości. - powiedziałem i automatycznie uśmiechnąłem się ciepło. kuchnia była połączona z przedpokojem, w którym były uchylone drzwi do pokoju ojca. Westchnąłem cicho. - poczekaj tu na mnie proszę.
Poszedłem do jego pokoju. Spał na łóżku, ręka zwisała bezwładnie z łóżka, w dłoni jak zawsze miał butelkę, tym razem wina. Przykryłem go i zabrałem butelkę. Gdy się odwróciłem zobaczyłem ciekawe spojrzenie Yui. Zapomniałem, że zostawiłem otworzone na oścież drzwi. Wychodząc, zamknąłem je, odstawiłem butelkę na blat i zdjąłem z szafki apteczkę.
Juliett? Przepraszam brak pomysłu. Mam nadzieje, ze nie będziesz zła bardzo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz