Wyszedłem z autobusu na przystanek i rozejrzałem się po okolicy. Jedyną oznaką cywilizacji była mała drewniana budka bez jednej ściany, która służyła jako schronienie dla czekających na transport pasażerów. Tak. To był cel mojej podróży. To do tego miejsca jechałem przez ostatnie 3 godziny...
Gówno prawda. Wcale nie wyszedłem z autobusu tylko mnie z niego wywalili, bo po raz kolejny nie kupiłem biletu. I oczywiście musieli mnie wysadzić na takim zadupiu gdzie nie ma nawet żywej duszy.
Ale w sumie... I tak nie zmierzałem do żadnego konkretnego miejsca. Więc czemu by nie zatrzymać się tu?
Spojrzałem jeszcze raz na odjeżdżający autokar jakby w nadziei, że kierowca zwróci i zabierze mnie w dalszą podróż. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca a ja musiałem pogodzić się z tym, że wieczór spędzę w lesie.
Wsunąłem swoje wątłe ciałko za pierwsze rzędy drzew i po chwili pnie otaczały mnie już z każdej strony. Las. Gleba przesypana liśćmi, gałązkami i rozkładającymi się szczątkami roślin.
Stado.
Na ubitej ziemi wprawne oko mogło dostrzec ślady. Zwierzęce ślady pozostawione dość niedawno -jakiś dzień temu- przez wilka.
Stado Księżyca.
Idąc dalej rozpoznawałem coraz więcej elementów. Wszystkie jaskinie, patyki ułożone w stos tworzące ognisko, porozrzucane pniaki służące niegdyś za ławki. Przypomniały mi się wspólnie spędzone chwile przy ogniu z puszką piwa w ręku. Było nad wtedy może nawet i piętnastu.
Stado Lodowego Księżyca.
Zbitka tubylców, która od pierwszego rozpadu już nigdy nie była taka jak dawniej. Nie dało jej się naprawić. A mimo to próbowali. Każdy po kolei. Ja też. Ale część odeszła na zawsze i nie słyszano już o nich żadnych pogłosek. Inni rozpoczęli nowe życie...
A ja wróciłem.
Pogrążony w myślach i bezwiednie kierowany przez swoje nogi dotarłem do strumyka.
Death pragnąca utopić Tiago.
Mimowolnie zaśmiałem się na głos, ale gdy pierwsze głośne dźwięki wydobyły się z mojego gardła, umilkłem.
Wskoczyłem na wąski, zwalony pień drzewa, który łączył że sobą dwa brzegi rzeki tworząc prymitywny most. Stawiałem nogę za nogą i wyciągnąłem ręce na boki dla lepszej równowagi. Przemierzyłem już 3/4 odległości gdy nagle...
- RUUUUSKIEEEEEE!!!!!!!! RUSKIE HARDBASSSSSSSYYYYY!!!!!
Zaskoczony niespodziewanym wrzaskiem straciłem oparcie pod lewą stopą i spadłem z pnia prosto do rzeki. Przeklnąłem w myślach dzikusa, bo wiedziałem, że teraz czeka mnie chłodna noc w mokrych spodniach.
Kto chce się powydzierać w rytm ruskiego techno??
(Btw zmieniłam Willowi charakter)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz