Zaatakowany śmiercionośną bronią w postaci ohydnego marcepanu (no bo chyba nie tej słodziutkiej poduszki z Pikachu co nie?) wróciłem do lasu. Nie mogłem jednak upuścić. Renn nie może tak sobie udawać, że nic się nie stało. Zmuszę ja do pomocy.
Wziąłem patyk, który wcześniej służył mi za broń i trącając nim zwłoki przepchnąłem Pain do szafki. Czy tam do magicznego portalu. Dziewczyna przeteleportowała się a ja dziesięć sekund później usłyszałem wściekły krzyk.
- Nie!!!! Mój marcepan!!
Następne co pamiętam to wścieka twarz Renn, której marcepan najwyraźniej utopił się we wnętrznąściach martwej Pain. Nim jednak zdążyła przetrzepać mi futro z szafki wyskoczyła wadera. Pain. Z ustami zapchanymi marcepanem.
- Fuuuu!!! To zaraźliwe!! -jęknąłem widząc tę maszynę do tortur w jej pysku.
To nie jest słodycz. To czyste zło w czystej postaci czystego marcepanu w czystej... Nie stop, w brudnej szafce... Krew Pain nadal się tam rozlewała.
- Ani kroku dalej. Wypluj to!
- Mój marcepan! Moje tajnie skrytki! Zabiję was!! -Renn omal nie zemdlała widząc jak te ekhemmm....."słodkości" (fuj fuj fuj) znikają w brzuchu wadery.
Renn?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz