No i co, mam to teraz wyciągnąć? Ugh, jak to strasznie boli...
Skomląc, uniosłam łapę i chwyciłam zębami dany kolec, następnie pociągnęłam mocno. Rana zaczęła jeszcze bardziej krwawić, plamiąc nieskazitelną, białą kołderkę.
Trzeba będzie jakoś doczołgać się do jaskini.
Wytrwale przemierzałam las, jednak brakowało mi sił, a ta rana była nie do zniesienia. Zostawiałam za sobą krwawe ślady, a zgłodniałe, zdziczałe psy chętnie zjadłyby świeże mięsko z młodej, szczuplutkiej wadery.
W pewnym momencie bezwładnie zsunęłam się po pniu pobliskiego drzewa, próbując jakoś utrzymać się na nogach. Słabo mi to jednak wychodziło.
Ból przeszywał całą moją kończynę, która mrowiła mnie i była odrętwiała. Sprawa wyglądałaby lepiej, gdyby nie było aż tak dużego mrozu.
- Ej, ty tam u góry, chcę jeszcze trochę pożyć! - zawyłam unosząc głowę. Moja irytacja powoli dosięgała swoich szczytów. Czując, że robi mi się coraz zimniej, obok rozpaliłam dość spory płomień. Przyjemne ciepło otuliło moje ciało, a mnie samą przeszył przyjemny dreszczyk. Zmrużyłam oczy i zamruczałam, powoli rozluźniałam mięśnie i totalnie zapomniałam o krwawiącej jak szalona ranie.
- Ej, ty! - ktoś krzyczał.
Uniosłam jedną powiekę. Ej, halo, ten gościu po drugiej stronie wołał do mnie?
- Ja? - zapytałam z głupkowatym zdziwieniem, by po chwili zacząć się z siebie śmiać.
- Nie, ksiądz - dana postać wywróciła oczami i szybko do mnie podbiegła - zaraz się wykrwawisz.
- no i co mnie to obchodzi? - głupi uśmieszek nie schodził mi z twarzy.
- no i umrzesz - parsknął.
- no i co z tego?
Wyraźnie zdezorientowany basior przyglądał się chwilę moim głębokim, czarnym oczom. Ciekawe, co sobie teraz o mnie myślał...
- Sophia? - wstrzymał oddech, nie spuszczając wzroku z moich oczu.
- Jaka Sophia? Co ty pierdolisz? - prychnęłam śmiechem. - Pain jestem.
- Ale...
- Co? Nie mam na imię Sophia. W sumie, mam wiele imion, ale to szczegół.
- To ty, jestem przekonany! Sophia, kupę lat! - rzucił mi się na szyję a ja całkowicie zgłupiałam. Jakiś obcy basior uważał, że mnie zna, do tego mocno mnie do siebie przytulał.
- aua! koleś, uważaj trochę - jęknęłam, gdy musnął rany na mojej łapie.
- Nie żaden koleś! Gdzie ty byłaś? - jego ogon merdał tak szybko, że mój wzrok za nim nie nadążał. Jak on to robił? Też tak chcę!
- Koleś, chyba mnie z kimś pomyliłeś - uśmiechnęłam się z politowaniem.
- Nie sądzę. I nie żaden koleś!
- No więc, jak masz na imię, koleś? - uśmiechnęłam się złośliwie.
- Ashton! Ashton jestem! Jak możesz mnie nie pamiętać, Yui?! - rozgorączkowany poderwał się na wszystkie cztery łapy - te oczy poznałbym wszędzie, nawet za sto lat!
Hm... chwila. Ashton, to mi coś mówiło. I nie wiem dlaczego, ale to imię kojarzyło mi się z balangą, ćpaniem, chlaniem i w ogóle.
- Ash! - krzyknęłam niczym mała dziewczynka rozpakowująca swoje prezenty gwiazdkowe. Wtedy jednak przypomniałam sobie o mojej łapie.
- Zamiast tak gadać, pomógłbyś mi - spojrzałam na niego z wyrzutem - zaraz się wykrwawię i nie będzie Pain. Pain będzie wąchała kwiatki od spodu!
Ashton?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz